Mówią, że adwokat to zawód dla osób z dużym dystansem do życia. Po ostatnich kilku miesiącach w łódzkich sądach wiem już, że to nie tyle dystans, co głęboka medytacja zen jest kluczem do przetrwania.
Sytuacja z życia wzięta (i to z tych, w które trudno uwierzyć bez sygnatur akt):
Składam trzy sprawy w Sądzie Okręgowym. Ten sam pożyczkobiorca, te same umowy (tylko kwoty inne). I zaczyna się magia:
Sprawa nr 1: Płacę koszty. Wyrok jest, czekam na uprawomocnienie.
Sprawa nr 2: Wnoszę o zwolnienie z kosztów przy sporze o 200 tys. Sąd mówi: „Jasne, nie masz środków, zwalniam cię”.
Sprawa nr 3: Wnoszę o zwolnienie z kosztów przy sporze o 400 tys. Sąd mówi: „Nie ma mowy, stać cię!”.
Czyli według łódzkiej arytmetyki sądowej: jeśli nie masz pieniędzy na opłatę od 200 tysięcy, to automatycznie stać cię na opłatę od 400 tysięcy. Logiczne? Dla mnie też nie. Zażalenie już w drodze.
Żeby było ciekawiej, równolegle prowadzę 3 sprawy w Sądzie Rejonowym (te same umowy, ten sam dłużnik).
W jednej nakaz zapłaty się uprawomocnił.
W drugiej – czekam na uprawomocnienie.
W trzeciej… sąd stwierdził, że nie ma podstawy do wydania nakazu zapłaty i zaprasza na rozprawę.
Mimo że wszystkie sprawy są identyczne „jak dwie krople wody”, każda idzie inną ścieżką. Jak mawiają w branży: „Sąd jest niezawisły, nawet od logiki”.
Jeśli ktoś pyta, co robię w wolnym czasie – analizuję akta i uczę się, że w sądzie 1+1 nie zawsze równa się 2.
Dystans do życia? Mam go tyle, że starczyłoby na zaoranie połowy łódzkich wokand. Ale walczymy dalej!
Warto dodać, że wszystkie sprawy wpłynęły do sądów tego samego dnia…
Zostaw komentarz