14 stycznia 2026 roku w Gabinecie Owalnym Donald Trump udzielił ekskluzywnego wywiadu agencji Reuters. Padły wtedy słowa, które odbiły się szerokim echem na świecie. Zapytany, dlaczego mimo amerykańskich wysiłków wojna na Ukrainie wciąż trwa, odpowiedział jednym słowem: „Zełenski”.
Trump stwierdził również, że jego zdaniem Putin jest gotowy do zawarcia porozumienia, natomiast Ukraina jest „mniej gotowa do zawarcia układu”. Było to stanowisko wyraźnie odmienne od opinii większości europejskich przywódców, którzy przekonywali, że to Rosja nie wykazuje rzeczywistej woli zakończenia wojny. Taka jest jednak dzisiejsza Europa – często bardziej skłonna do powtarzania obowiązującej narracji niż do zadawania niewygodnych pytań.
Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z oceną Trumpa, warto zauważyć, jak bardzo zmienił się język debaty. Jeszcze niedawno podobne słowa byłyby nie do pomyślenia w ustach amerykańskiego prezydenta. Dziś padają oficjalnie, w rozmowie z jedną z największych agencji prasowych świata.
Dla Ukrainy może to być sygnał znacznie ważniejszy niż kolejny komunikat z frontu. Wojny wygrywa się nie tylko na polu bitwy, ale również dzięki utrzymaniu politycznego poparcia najpotężniejszych sojuszników, w tym Polski. Jeśli prezydent Stanów Zjednoczonych zaczyna publicznie sugerować, że przeszkodą na drodze do pokoju jest nie Kreml, lecz Kijów, oznacza to wyraźną zmianę akcentów w zachodniej polityce.
W tym samym czasie wielu Polaków obserwuje demonstracyjne zwracanie odznaczeń przez ukraińskich polityków i działaczy. Coraz częściej pojawia się pytanie: naprawdę o to chodziło? Czy takie gesty mają budować porozumienie między narodami, czy raczej pokazują, jak głęboko zakorzeniony pozostaje problem kultu osób odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach?
Jeżeli ktoś uważa, że zwracanie orderów zmusi Polaków do milczenia w sprawie ludobójstwa wołyńskiego, popełnia poważny błąd. Efekt jest dokładnie odwrotny. Każdy kolejny taki gest utwierdza opinię publiczną w przekonaniu, że problem nie został rozwiązany, a uczciwe rozliczenie z przeszłością nadal nie nastąpiło.
Polska nie ma powodu robić kroku w tył. Prawda historyczna nie podlega negocjacjom, a pamięć o ofiarach nie może być kartą przetargową w dyplomacji.
Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że osoby odsyłające polskie odznaczenia najwyraźniej nie dostrzegają, kto ponosi w tej sytuacji wizerunkowe straty. Nie kompromitują Polski. Nie osłabiają pamięci o Wołyniu. Nie zmieniają historii.
Kompromitują wyłącznie samych siebie propagując banderowsko- faszystowskich ,,bohaterów”. A jeśli proces ten firmuje i inspiruje Zełenski, to on ponosi polityczną odpowiedzialność za jego konsekwencje.

Zostaw komentarz