Nie wiem, skąd mi się to dzisiaj rano przyplątało. Człowiek dopiero zaczyna funkcjonować, organizm jeszcze nie zdecydował, czy już jest dzień, czy może dałoby się jakoś oszukać rzeczywistość i wrócić pod kołdrę, a tu nagle po głowie zaczyna chodzić zdanie: „Nigdy nie przerywaj komuś, kto udowadnia, że masz rację”.
No i masz. Zamiast spokojnie zająć się sprawami właściwymi dla człowieka o tej porze, zacząłem się zastanawiać, skąd mi się to wzięło. Bo czasami człowiekowi coś wpada do głowy i wydaje mu się jego własne, a potem okazuje się, że już Cyceron coś podobnego powiedział, Seneka zapisał, Napoleon zastosował, a internet zdążył jeszcze przypisać Churchillowi. Z cytatami jest zresztą trochę jak z dziećmi na dużym rodzinnym weselu – wiadomo, że czyjeś są, tylko nie zawsze od razu wiadomo czyje.
Zacząłem więc szukać i dokładnie takiego powiedzenia nie znalazłem. Owszem, Napoleonowi przypisuje się znaną radę, żeby nie przeszkadzać przeciwnikowi, kiedy ten popełnia błąd. Tyle że mnie chodziło jednak o coś trochę innego. Nie o to, żeby siedzieć cicho i z satysfakcją patrzeć, jak przeciwnik wali łbem w ścianę. To byłoby wprawdzie czasami przyjemne, ale jako filozofia życiowa trochę jednak ubogie.
Chodziło mi raczej o to, że my strasznie lubimy reagować. Ktoś coś powie – odpowiadamy. Powie coś, z czym się nie zgadzamy – odpowiadamy jeszcze szybciej. A jak powie coś, co uważamy za kompletną bzdurę, to już w ogóle trudno wytrzymać do końca zdania. Człowieka zaczyna nosić, ręka sama idzie do góry, język już się rozpędza, a w głowie mamy gotową odpowiedź, zanim właściwie dowiemy się, co tamten chciał powiedzieć.
Znam to oczywiście również z autopsji, żeby nie było, że Stary Grzyb siedzi teraz na pieńku pod orzechem i naucza młodzież, jak należy żyć. Sam nieraz wchodziłem komuś w słowo, bo przecież już po pierwszych trzech zdaniach doskonale wiedziałem, dokąd zmierza. Problem polega na tym, że czasami nie wiedziałem. A nawet jeżeli wiedziałem, to przerywając mu, odbierałem sobie możliwość usłyszenia czwartego, piątego i szóstego zdania, z których mogło wyniknąć coś znacznie ciekawszego niż z mojej błyskotliwej odpowiedzi przygotowanej po zdaniu trzecim.
Mamy na to zresztą bardzo stare i bardzo polskie określenie: nie bądź w gorącej wodzie kąpany. Kiedyś rozumiałem je głównie jako przestrogę przed pochopnym działaniem. Nie wyrywaj się, zastanów się, policz do dziesięciu, zanim coś zrobisz. Z wiekiem człowiek jednak odkrywa, że w tym czekaniu nie chodzi wyłącznie o uspokojenie własnych emocji. Czekając, dostajesz coś znacznie cenniejszego – możliwość zobaczenia, co zrobi druga strona, kiedy jej nie przeszkadzasz.
I tu zaczyna się robić ciekawie, bo dotyczy to nie tylko gadania. W rozmowie można komuś wejść w słowo, ale w życiu można komuś wejść w działanie. Widzimy pierwszy ruch, uznajemy, że już wszystko wiemy, i natychmiast wykonujemy własny. Tymczasem może należałoby jeszcze chwilę posiedzieć na rękach i popatrzeć. Nie ze strachu, nie z niezdecydowania, ale właśnie dlatego, że obserwacja też jest działaniem. Tyle że mniej widowiskowym, więc niektórzy mają z nią problem.
Pewnie dlatego ludzie spokojni bywają czasem brani za niezdecydowanych. Jeden już mówi, drugi jeszcze słucha. Jeden wymachuje rękami, drugi patrzy. Jeden wykłada na stół wszystkie argumenty, drugi swoich jeszcze nie pokazał. Patrząc z boku, można nawet odnieść wrażenie, że ten pierwszy ma przewagę, bo przecież coś robi, a tamten siedzi jak ten kołek w płocie. Tylko że po pewnym czasie może się okazać, że kołek już wie, gdzie jest dziura w płocie, a ten ruchliwy właśnie przez nią wylazł.
Najzabawniej robi się jednak wtedy, kiedy ktoś próbuje udowodnić, że nie masz racji, i robi to tak skutecznie, że po kilku minutach zaczyna udowadniać coś dokładnie odwrotnego. Wtedy odruch podpowiada: łap go! Teraz! Tu powiedział to, a pięć minut temu mówił coś innego! Tylko po co? Skoro już idzie w dobrą stronę, niech idzie. Może jeszcze kawałek dalej znajdzie następny argument za tobą. Czemu człowiek miałby przeszkadzać komuś, kto wykonuje za niego robotę, i to całkowicie za darmo?
Co więcej, najlepiej, żeby zrobił to właśnie adwersarz. Kiedy twojej racji dowodzi przyjaciel, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: wiadomo, swój swojego popiera. Żona potwierdzi rację męża – wiadomo, ustalili w domu. Kolega potwierdzi koledze – kółko wzajemnej adoracji. Ale kiedy człowiek, który przyszedł po to, żeby wykazać, że gadasz głupoty, po pół godzinie własnym wywodem potwierdzi twoją tezę, to taki dowód ma jednak zupełnie inną wagę. Nie dość, że człowiek sam palcem nie kiwnął, to jeszcze dowód dostarczyła strona przeciwna.
Oczywiście wtedy pojawia się kolejna pokusa, chyba jeszcze większa niż wcześniejsza chęć przerwania: „A nie mówiłem?!”. Oj, jakie to jest przyjemne zdanie. Krótkie, polskie, soczyste i pozwalające w trzech słowach odebrać sobie całą sympatię otoczenia. Można mieć stuprocentową rację, można cierpliwie czekać pół roku, można przewidzieć rozwój wydarzeń niemal co do przecinka, a potem wystarczy powiedzieć z odpowiednią miną „a nie mówiłem?” i człowiek zaczyna żałować, że w ogóle miałeś rację.
Może więc najwyższym stopniem wtajemniczenia nie jest nawet umiejętność czekania, aż adwersarz sam dostarczy nam argumentów. Może jest nim dopiero umiejętność powstrzymania się od triumfalnego tańca na jego zwłokach, kiedy już to zrobi. Bo skoro fakty są widoczne, to naprawdę nie trzeba ich jeszcze obwieszać lampkami choinkowymi i stawiać obok tabliczki: TU MIAŁEM RACJĘ.
Wystarczy czasem powiedzieć: „No właśnie”. Albo nawet nic nie mówić.
Bo im jestem starszy, tym bardziej podejrzewam, że w sporze nie zawsze wygrywa ten, kto ma szybszą odpowiedź. Czasami większą przewagę ma ten, kto potrafi przez chwilę nie odpowiadać, tylko słuchać, patrzeć i próbować zrozumieć, co właściwie dzieje się przed jego oczami. Nie po to, żeby być sprytniejszym od wszystkich dookoła, ale żeby samemu własnym pośpiechem nie popsuć sytuacji, która właśnie zaczyna układać się po naszej myśli.
I może właśnie dlatego rano przyszło mi do głowy to zdanie. Nie jako instrukcja wygrywania sporów, ale raczej jako przypomnienie dla samego siebie, żeby nie być ciągle w tej gorącej wodzie kąpanym. Bo czasem naprawdę nie muszę nikogo przekonywać, poprawiać, prostować ani łapać za rękaw.
Czasem wystarczy poczekać. Zwłaszcza kiedy ten po drugiej stronie właśnie zabrał się za udowadnianie, że mam rację.
Wtedy byłoby zwyczajnie niegrzecznie mu przerywać. 😉
Zbigniew Grzyb
z cyklu: Pitolenie Starego Grzyba 🍄
Zostaw komentarz