MEMENTO MORI

Przedstawiona refleksja jest moim osobistym rozważaniem, wyrastającym z perspektywy teologicznej, duchowej i duszpasterskiej Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła w RP (PNKK w RP). To właśnie z tej perspektywy podejmuję temat przemijania, śmierci, świętych obcowania, modlitwy za zmarłych oraz nadziei zmartwychwstania. Nie jest to próba rozstrzygania wszystkich teologicznych sporów dotyczących tajemnicy życia po śmierci, lecz zaproszenie do refleksji zakorzenionej w wierze w Chrystusa, Jego jedyną Ofiarę i zwycięstwo nad śmiercią.

Wymowa dnia 2 listopada jest dla nas, chrześcijan, bardzo głęboka. Dlatego postanowiłem zaprosić Państwa do refleksji nad ludzkim życiem również dzisiaj. Zacznijmy trochę przekornie…

Chciałbym bowiem, abyśmy na chwilę odwrócili zwyczajową perspektywę patrzenia na ten dzień. Nie zatrzymujmy się wyłącznie na smutku, wspomnieniach i tęsknocie. Spróbujmy spojrzeć na przemijanie przez pryzmat miłości, która nadaje sens naszemu życiu i która — w świetle chrześcijańskiej nadziei — nie kończy się wraz ze śmiercią. Moja refleksja

Punktem wyjścia niech będą słowa z Pieśni nad Pieśniami:

„Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol. Jej żar to żar ognia, to płomień Pański. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki” (Pnp 8, 6–7).

To jeden z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących fragmentów biblijnej poezji miłosnej. Warto jednak zatrzymać się przy nim uważniej. W swoim pierwotnym, literackim znaczeniu Pieśń nad Pieśniami opowiada o miłości kobiety i mężczyzny — o ich wzajemnym pragnieniu, bliskości, wierności i sile więzi, której nie potrafią zniszczyć nawet największe przeciwności.

Autor porównuje potęgę miłości do potęgi śmierci. Nie mówi wprost, że ludzka miłość pokonuje śmierć, lecz ukazuje ją jako siłę niezwykle mocną, nieustępliwą i płonącą niczym ogień. W hebrajskim tekście pojawia się również obraz żarliwości, namiętności i płomienia, który nie daje się ugasić.

Chrześcijańska refleksja może jednak pójść dalej. Czytając te słowa w świetle całego Objawienia, a przede wszystkim w perspektywie życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, dostrzegamy w nich również głębszą prawdę o miłości pochodzącej od Boga. Święty Jan Apostoł napisze przecież: „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8).

I właśnie w tym świetle chcę zaprosić Państwa do rozważania o przemijaniu, śmierci, pamięci o naszych bliskich oraz o nadziei, która nie pozwala człowiekowi zatrzymać się na grobie.

Memento mori – pamiętaj, że jesteś śmiertelny

Łacińskie słowa Memento mori oznaczają: „Pamiętaj o śmierci”. W tradycji chrześcijańskiej stały się przypomnieniem o przemijaniu, pokorze i konieczności odpowiedzialnego przeżywania każdego dnia.

Nie chodzi jednak o to, by żyć w lęku przed śmiercią. Nie chodzi o nieustanne spoglądanie w stronę grobu ani o odbieranie sobie radości życia. Chodzi o świadomość, że nasz czas jest ograniczony, a każdy dzień jest darem, którego nie wolno lekkomyślnie zmarnować.

Śmierć przypomina nam, że nie wszystko, co dzisiaj wydaje się ważne, rzeczywiście takie jest. Ile razy tracimy czas na spory, niepotrzebne urazy, zazdrość, pychę czy pragnienie udowodnienia własnej racji? Ile razy odkładamy pojednanie, dobre słowo, telefon do bliskiej osoby albo zwyczajną obecność przy kimś, kto nas potrzebuje?

A przecież nikt z nas nie wie, ile czasu zostało mu jeszcze dane.

Dlatego Memento mori nie powinno być wezwaniem do smutku, lecz do mądrego życia. Do pojednania, przebaczenia, miłości i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Do tego, abyśmy nie odkładali dobra na później, ponieważ nie mamy gwarancji, że to później nadejdzie.

Życie się zmienia, ale się nie kończy

W chrześcijaństwie śmierć nie jest rozumiana jako ostateczne unicestwienie człowieka. Jest granicą ziemskiego życia, ale nie granicą Bożej miłości.

W prefacji za zmarłych słyszymy piękne słowa:

„Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy”.

To zdanie wyraża istotę chrześcijańskiej nadziei. Nie oznacza, że znamy wszystkie szczegóły tego, co dokonuje się po śmierci. Nie znamy całej tajemnicy Bożego sądu ani sposobu, w jaki Bóg prowadzi człowieka ku pełni życia. Wierzymy jednak, że człowiek nie znika z Bożej pamięci, a śmierć nie jest silniejsza od Tego, który jest źródłem życia.

Nasza nadzieja opiera się przede wszystkim na Jezusie Chrystusie. To On przeszedł przez śmierć i zmartwychwstał. To w Jego zmartwychwstaniu odnajdujemy fundament wiary, że również nasze życie nie kończy się wraz z ostatnim oddechem.

Święty Paweł przypomina:

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość — te trzy: z nich zaś największa jest miłość” (1 Kor 13, 13).

A wcześniej pisze:

„Miłość nigdy nie ustaje” (1 Kor 13, 8).

Nie oznacza to, że ludzkie uczucia w niezmienionej postaci trwają po śmierci ani że możemy dokładnie opisać naturę więzi między żyjącymi i zmarłymi. Oznacza natomiast, że miłość zakorzeniona w Bogu nie jest czymś bezwartościowym, co znika wraz z przemijaniem. Jest darem, który ma swoje źródło w Bogu i w Nim znajduje ostateczne spełnienie.

Wierzę w świętych obcowanie

W chrześcijańskim wyznaniu wiary wypowiadamy słowa: „Wierzę w świętych obcowanie”.

To niezwykle ważna prawda. Kościół nie jest wyłącznie wspólnotą ludzi, których widzimy w świątyni, którzy razem się modlą, uczestniczą w liturgii i podejmują codzienne obowiązki. Jest wspólnotą zakorzenioną w Chrystusie, której jedność nie ogranicza się do ziemskiego życia.

W tradycji chrześcijańskiej mówi się o wspólnocie Kościoła pielgrzymującego na ziemi, tych, którzy osiągnęli już pełnię życia z Bogiem, oraz tych, którzy oczekują na ostateczne spełnienie w Bożej miłości. Różne tradycje chrześcijańskie odmiennie opisują niektóre szczegóły tej tajemnicy, ale wspólnym punktem pozostaje wiara w Chrystusa jako źródło jedności całego Kościoła.

W tym świetle pamięć o zmarłych nie jest jedynie wspominaniem przeszłości. Jest również wyrazem naszej duchowej więzi z tymi, którzy odeszli.

Nie możemy już z nimi porozmawiać, podać im ręki ani usiąść przy wspólnym stole. Nie możemy naprawić wszystkiego, co wydarzyło się między nami za ich życia. Możemy jednak zachować pamięć, modlić się za nich, dziękować Bogu za dobro, które przez nich otrzymaliśmy, i powierzać ich Bożemu miłosierdziu.

Modlitwa za zmarłych nie jest próbą wpływania na Boga ani próbą zastąpienia Jego sądu naszymi pragnieniami. Jest aktem wiary, nadziei i miłości. Jest wyrazem przekonania, że człowiek pozostaje w rękach Boga także wtedy, gdy kończy się jego ziemska droga.

To Bóg zbawia

Warto w tym miejscu przypomnieć sobie rzecz fundamentalną: zbawienie jest darem Boga. Nie kupujemy go naszymi zasługami, nie możemy go wymusić ani zapracować na nie w taki sposób, jak zdobywa się ludzkie uznanie.

To Bóg w Jezusie Chrystusie otworzył człowiekowi drogę do życia wiecznego. To Chrystus złożył na krzyżu jedyną i doskonałą Ofiarę za zbawienie świata.

Dlatego, mówiąc o modlitwie za zmarłych i o Eucharystii, trzeba zachować właściwe rozumienie Ofiary Chrystusa. Eucharystia nie jest powtarzaniem ukrzyżowania Jezusa ani składaniem kolejnej, nowej ofiary za grzechy. Jest pamiątką i sakramentalnym uobecnieniem tej jednej Ofiary, którą Chrystus złożył raz na zawsze.

W Eucharystii Kościół uczestniczy w zbawczym dziele Chrystusa, składa Bogu dziękczynienie, przyjmuje dar Jego obecności i poleca Jego miłosierdziu żywych oraz zmarłych.

Nie próbujemy niczego dodawać do Ofiary Chrystusa. Nie zastępujemy jej własnymi uczynkami. Włączamy nasze życie, modlitwę i miłość w to, co Chrystus uczynił dla nas raz na zawsze.

Właśnie dlatego modlitwa za zmarłych ma tak głęboki sens. Nie jest ludzką próbą rozstrzygania o ich losie, lecz pokornym powierzeniem ich Temu, który zna serce każdego człowieka i którego miłosierdzie przekracza nasze wyobrażenia.

Znicze, pamięć i prawdziwy sens modlitwy za zmarłych

W wieczór poprzedzający dzień wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, 2 listopada, a także przez pierwsze dni listopada, tysiące Polaków odwiedza cmentarze. Zapalamy znicze, przynosimy kwiaty, porządkujemy groby, zatrzymujemy się przy nagrobkach naszych bliskich.

To piękna tradycja. Jest w niej pamięć, wdzięczność, przywiązanie i potrzeba zachowania więzi z tymi, którzy byli częścią naszego życia.

Ale warto postawić sobie pytanie: czy zawsze pamiętamy, jaki jest najgłębszy sens tych wszystkich gestów?

Znicz jest znakiem. Jego światło może przypominać nam o Chrystusie, który powiedział: „Ja jestem światłością świata” (J 8, 12). Może być symbolem nadziei zmartwychwstania i wiary, że ciemność śmierci nie jest ostatnim słowem Boga.

Sam płomień znicza nie zastępuje jednak modlitwy ani nie jest czynnością, która rozstrzyga o losie zmarłego. Kwiaty nie zastępują pamięci, a najpiękniej ozdobiony grób nie jest miarą naszej miłości.

Za tymi pięknymi znakami powinno iść coś znacznie głębszego: modlitwa.

Kiedy Kościół wspomina zmarłych, nie ogranicza się do przywoływania ich imion. Modli się za nich, powierza ich Bożemu Miłosierdziu i gromadzi się wokół Eucharystii – Ofiary Zbawienia.

Uczestnictwo w Eucharystii, w której uobecnia się jedyna Ofiara Jezusa Chrystusa, złożona raz na zawsze na krzyżu, jest jednym z najgłębszych wyrazów naszej wiary, miłości i komunii. Nie próbujemy niczego dodawać do zbawczego dzieła Chrystusa. W Nim i przez Niego, w Jego Miłości, powierzamy Bogu tych, którzy odeszli.

Warto przypomnieć, że już Druga Księga Machabejska opisuje modlitwę i ofiarę składaną za zmarłych. W rozdziale dwunastym czytamy o Judzie Machabeuszu, który polecił złożyć ofiarę przebłagalną za poległych. Autor tego fragmentu wiąże tę praktykę bezpośrednio z wiarą w zmartwychwstanie (2 Mch 12, 43–46).

To niezwykle ważne świadectwo biblijne. Pokazuje, że modlitwa za zmarłych wyrasta z nadziei, iż Bóg jest Panem życia, a śmierć nie zamyka człowieka poza zasięgiem Jego miłosierdzia.

Nie należy utożsamiać opisywanej w Księdze Machabejskiej ofiary ze sprawowaniem Eucharystii. Są to różne konteksty religijne i historyczne. Możemy jednak dostrzec wspólną głęboką intuicję: człowiek wierzący nie pozostaje obojętny wobec losu tych, którzy odeszli, przekroczyli Baramę Życia, lecz powierza ich Bogu w modlitwie.

Dlatego zapalając znicz, nie zatrzymujmy się na samym płomieniu. Niech stanie się on dla nas przypomnieniem, abyśmy pomodlili się za zmarłych, uczestniczyli w Eucharystii, wspomnieli ich dobro i powierzyli ich Bogu.

Bo prawdziwa miłość nie kończy się na dekorowaniu grobu. Prawdziwa miłość szuka dobra drugiego człowieka także wtedy, gdy nie możemy już niczego od niego oczekiwać.

Co możemy jeszcze ofiarować naszym zmarłym?

Możemy ofiarować im naszą modlitwę. Możemy zamówić Mszę Świętą lub uczestniczyć w Eucharystii w ich intencji. Możemy wspominać ich z wdzięcznością, przebaczać im to, co było trudne, i prosić Boga, aby objął ich swoim miłosierdziem.

Możemy również przemieniać pamięć o nich w dobro czynione żyjącym. Jeżeli ktoś z naszych bliskich był człowiekiem miłosierdzia, niech jego postawa będzie dla nas inspiracją. Jeżeli kochał rodzinę, niech ta miłość będzie kontynuowana w naszych relacjach. Jeżeli pomagał potrzebującym, niech jego przykład nie zniknie wraz z jego odejściem.

Nie chodzi o to, abyśmy w ten sposób zasługiwali na zbawienie dla zmarłych. Chodzi o to, by dobro, które otrzymaliśmy, nie zostało przez nas zmarnowane.

Pamięć może stać się zobowiązaniem. Tęsknota może prowadzić do wdzięczności. A modlitwa może być wyrazem miłości, która nie potrzebuje już słów wypowiadanych w obecności drugiego człowieka.

Miłość, która nie umiera

Wróćmy na chwilę do słów Pieśni nad Pieśniami: „Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki”.

W pierwotnym znaczeniu autor mówi o niezwykłej sile ludzkiej miłości. O więzi, której nie potrafią zniszczyć przeciwności ani żadne zewnętrzne okoliczności.

My jednak, jako chrześcijanie, czytamy te słowa również w świetle Ewangelii. Wiemy, że miłość ma swoje źródło w Bogu. Wiemy, że Chrystus objawił nam miłość, która nie cofa się nawet przed śmiercią. I wiemy, że Jego zmartwychwstanie jest obietnicą życia, które nie podlega już władzy śmierci.

Dlatego nie możemy powiedzieć, że śmierć nie boli. Boli. Nie możemy udawać, że rozstanie z bliskimi jest łatwe. Nie jest. Wiara nie odbiera nam łez ani tęsknoty. Sam Jezus zapłakał przy grobie Łazarza.

Chrześcijańska nadzieja nie polega na zaprzeczaniu cierpieniu. Polega na przekonaniu, że cierpienie i śmierć nie mają ostatniego słowa.

Ostatnie słowo należy do Boga.

A skoro Bóg jest miłością, to właśnie w Nim szukamy nadziei dla siebie i dla tych, których już nie ma pośród nas.

Pamiętaj o śmierci, ale nie zapominaj o życiu

Dzień 2 listopada jest szczególnym momentem, w którym wspominamy naszych zmarłych i modlimy się za nich. Ale jest to również dzień, który powinien skłonić nas do refleksji nad własnym życiem.

Czy potrafimy kochać, póki mamy na to czas? Czy umiemy przebaczać? Czy potrafimy zadzwonić do kogoś, z kim od dawna nie rozmawialiśmy? Czy nie odkładamy na jutro słów, które powinny zostać wypowiedziane dzisiaj?

Nie wiemy, kiedy przyjdzie kres naszej ziemskiej drogi. Wiemy jednak, że każdy dzień jest szansą, aby uczynić coś dobrego.

Niech więc Memento mori nie będzie dla nas jedynie przypomnieniem o nieuchronności śmierci. Niech będzie wezwaniem do życia pełnego sensu, miłości i odpowiedzialności.

Odwiedzajmy cmentarze. Zapalajmy znicze. Przynośmy kwiaty. Wspominajmy tych, których kochaliśmy. Ale przede wszystkim módlmy się za nich i powierzajmy ich Bogu.

Bo chrześcijańska pamięć o zmarłych nie zatrzymuje się na grobie. Prowadzi nas ku nadziei zmartwychwstania.

A miłość, która ma swoje źródło w Bogu, nie jest zamknięta w granicach ziemskiego czasu.

Pamiętajmy o śmierci, ale nie zapominajmy o życiu. Pamiętajmy o tych, którzy odeszli, ale nie traćmy nadziei w Tego, który jest Panem życia.