Neo, a może raczej quasi-sędzia Trybunału Konstytucyjnego, nawet z tytułem profesorskim, uczestniczył w posiedzeniu trybunalskich puczystów, będąc na „chorobowym”. O azjatyckiej nieco urodzie słynna specjalistka od marki także pyszni się tytułem profesorskim. Zastanawiam się zatem nad upadkiem statusu profesora. Jeśli bowiem cwaniak z takim tytułem wyłudza od ZUS pieniądze, a profesorka wypisuje bełkotliwe bzdury, to trudno o lepszy dowód, że niżej już upaść nie można.

Jak żyć w tak trudnych czasach, kiedy brakuje prawdziwych preceptorów?

Pocieszam się, że nie jest to już moje zmartwienie. Jestem wystarczająco zaopiekowany przez państwo, które właśnie jest psute. Chociaż nie mam co kozaczyć, bo przecież Dziura-Domański może nam jeszcze podebrać emerytury. Wtedy jedynym pocieszeniem byłoby to, że mojemu przyjacielowi zabrałby więcej.

Zostawmy jednak te antycypacje, od których można dostać biegunki, i wróćmy do casusu profesora, który miał leżeć, a chodził i siedział, co cała Polska mogła oglądać w telewizyjnych relacjach, od TVN po Republikę i wPolsce24.

Przypomniała mi się bowiem podobna sytuacja sprzed lat. Kiedy z woli radnych, z których jeden poparł mnie głównie dlatego, że był głodny, a jego krowa właśnie się cieliła, zostałem wójtem i kierownikiem urzędu gminy, trwała transformacja ustrojowa. Sprowadzała się ona do bezbolesnego, przynajmniej w mniemaniu autorów tych procedur, przejmowania władzy w terenie przez samorządy.

Oznaczało to, że w ciągu trzech miesięcy miałem spośród urzędników gminy wybrać tych, którzy mi odpowiadali, a z resztą lokalnej nomenklatury się pożegnać. Czas ten bardzo mi się dłużył. Nie miałem nawet miejsc, gdzie posadzić swoich ludzi. W urzędowych boksach dostawiono więc krzesła i obok siebie siedzieli ci, którzy mieli odejść, oraz ci, którzy po trzech miesiącach mieli ich zastąpić. Atmosfera była nader minorowa.

Najtrudniejszy problem stanowiły finanse. Przyszedłem do urzędu ze swoim skarbnikiem, ale niewiele jeszcze mogłem z tego mieć korzyści, bo jego miejsce zajmowała osoba, która nie zamierzała go szybko opuścić. Była to główna księgowa, de facto rządząca gminą i trzęsąca całym urzędem.

Naczelnika, który miał jeszcze przez owe trzy miesiące ciągnąć ten wózek, zwolniłem z obowiązku świadczenia pracy, ale z księgową nie było to takie proste.

Traf jednak chciał, że owa dojrzała już pani postanowiła zrobić prawo jazdy. Kurs odbywał się w mieście oddalonym od urzędu o czterdzieści kilometrów i właśnie dobiegał końca, gdy objąłem stanowisko. Przebiegła niewiasta, aby nie brać urlopu, za który przecież należałby się później ekwiwalent pieniężny, udała się do lekarza i uzyskała zwolnienie lekarskie.

O wszystkim dowiedziałem się przypadkiem, gdyż dokumentacja związana z egzaminem na prawo jazdy trafiała do naszego urzędu. Miałem więc czarno na białym, że zamiast leżeć, rzeczona pani trudziła się zdawaniem egzaminów w miejscowości oddalonej o wspomniane czterdzieści kilometrów.

Wezwałem więc księgową, której wszyscy przez dwadzieścia lat się bali, na dywanik i udzieliłem jej służbowej nagany. Przyjęła ją w sposób dość gwałtowny. Wyleciała z hukiem z mojego gabinetu, a ja słyszałem jeszcze, jak tupiąc po schodach, nazywa mnie skurwysynem.

Mając w ręku dowody jej przewinienia, powiadomiłem ZUS, który uruchomił stosowne procedury.

Więcej tej pani już nie zobaczyłem. A właściwie prawie nie zobaczyłem. Zdarzało się bowiem, że wyglądała przez okno, gdy byłem klientem warsztatu samochodowego prowadzonego przez jej męża.

Życzliwi ludzie podpowiadali mi wtedy, żebym po każdej wizycie kontrolował hamulce. Nigdy tego nie robiłem, zachowując pełne zaufanie do profesjonalizmu mechanika.