Jaki jest koń, każdy widzi. Obecne protesty na ulicach wielu polskich miast niektórych wzburzają, niektórych napawają jakąś niby nadzieją, a jeszcze innych motywują do jeszcze bardziej zaogniających konflikt działań, które mogą się skończyć tragicznie dla wszystkich stron konfliktu, a zdaje się, że jest tych stron więcej niż dwie. Bo i protestują aborcjonistki, które nie ukrywają, że ich celem jest aborcja na życzenie z najgłupszego nawet widzimisię, ale protestują też i rolnicy, protestują tzw. antycovidowcy etc. etc. Zabawne jest to, że już można oglądać w internecie filmiki, jak to protestujące aborcjonistki kłócą się z antycovidowcami choćby o to, że ci drudzy nie noszą maseczek.

„Dziel i rządź” – stara prawda znana dobrze strategom myśli politycznej nie od dziś.

Ktoś kto nie interesuje się rzeczywistością polityczną na poziomie polityki przez duże „P”, elementami geostrategii i metodologią sterowania procesami zachodzącymi w systemach politycznych na poziomie państwa, nigdy nie będzie prawidłowo w stanie odczytać choćby podstawowych symptomów zmian zachodzących wewnątrz danego państwa, niezależnie od tego czy są one długotrwałe i zaplanowane czy też nastawione na punktową, szybką zmianę w obrębie danego sektora państwa. Tak czy siak, aby analitycznie podejść do obserwowanego zjawiska, trzeba stać z boku i nie być osobiście zaangażowanym w spór zwaśnionych stron, bowiem każda emocjonalna reakcja na bodźce dochodzące do nas z „pola walki”, wypacza obiektywne spojrzenie na rzeczywistość. W tę pułapką wpadają nie tylko sami politycy, co jest akurat dosyć oczywiste, ale również dziennikarze, publicyści, jak i internauci czy celebryci, którzy choć niby starają się relacjonować wydarzenia, to zawsze nadają im osobisty charakter swojego światopoglądu.

Jak więc należy patrzeć na to co dzieje się obecnie w Polsce?

Zacznijmy od tego, że organizatorki tzw. strajku kobiet, to w dużej mierze aktywistki skrajnie lewicowych partii i organizacji, których celem jest wprowadzenie postulatów, na które nie ma zgody w przytłaczającej części społeczeństwa. Dlaczego organizatorki nie chcą zgodzić się na referendum w sprawie aborcji w Polsce? Bo doskonale wiedzą, że wynik referendum, to już nie sondaż i mogłoby się okazać, że dane, a raczej wydumane dane na podstawie sondażu przeprowadzanego zapewne w dużej mierze wśród swoich własnych sprzymierzeńców, nijak nie mają się do ogólnospołecznego podejścia do problemu. To tylko kolejna zagrywka psychologiczna nastawiona na mocne wyartykułowanie postulatów mniejszości, przy biernej postawie milczącej większości. Proste ? Ano proste.

Kolejną sprawą się kwestia ilości protestujących. Nie ma się co skupiać na bajaniach pijanego Durczoka, który bredzi coś o milionach ludzi, którzy robią właśnie rewolucję. Według danych policyjnych, na ulicach wszystkich miast w Polsce, na ulicę wychodzi łącznie, szacunkowo od 400 tys. do 500 tys. ludzi.

Co to oznacza?

W II turze wyborów prezydenckich na Rafała Trzaskowskiego głosowało ponad 10 mln. ludzi. Zestawiając to z liczbą protestujących łatwo zauważyć, że skoro pół mln. Polaków protestuje na ulicach a na Trzaskowskiego głosowało ponad 10 mln. to 9,5 mln. jego własnych wyborców, czyli przeciwników PiS-u ma ten protest, kolokwialnie mówiąc – „gdzieś”. I teraz należy zadać pytanie, czy państwo ugnie się pod naciskiem ilości protestujących? Otóż odpowiedź brzmi – NIE. Państwo nie tyle nie powinno, co wręcz nie może się ugiąć, bo to by oznaczało, że rozwrzeszczane 500 tys. ludzi, ma więcej do powiedzenia w demokratycznym ponoć państwie niż 10 mln głosujących na stronę rządową.

Czy obserwowane na ulicach zjawisko można w ogóle nazwać rewolucją? Czy można w ogóle mędrkować nad skutecznością takich niby rewolucji?

Moim zdaniem absolutnie nie. Jeśli przyjrzymy się historii systemów politycznych, tych ugruntowanych w świecie, to one praktycznie nigdy, poza małymi wyjątkami, nie upadają poprzez obalenie. Dlaczego? Dlatego, że system to ludzie powiązani z systemem. Przykładem niech będzie Rosja.

Czy ktokolwiek uważa, że usunięcie Władimira Putina od władzy spowoduje zmianę systemu na inny?

Putin to tylko czubek wielkiej piramidy, którego następca jest już dawno określony i będzie miał misję kontynuacji prowadzonej polityki. Z mniejszymi lub większymi jakimiś odchyłami, ale jednak nurt będzie ten sam.

Niech za kolejny przykład posłuży historia naszego kraju.

Komunizm serwowany nam przez ZSRR upadł, bo chylił się ku upadkowi sam. Oczywiście jego upadek został wspomożony szerokimi działaniami choćby Stanów Zjednoczonych, które w tej wojnie na najwyższym szczeblu miały swój osobisty interes w pokonaniu wroga. Ale gdyby Związek Sowiecki miał trwać wiecznie, to by trwał.

Dlaczego komuniści pozwolili na pokojowe „przekazanie” władzy w procesie okrągłostołowym?

Dlatego, że doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że tak istniejący system się nie utrzyma, jest niewydolny i dalej sam z siebie i tak nie pociągnie. Propozycja? Ano taka : „Panowie, wszystko się wali i sypie, zróbmy więc tak, żeby zachować nie tylko twarz, ale też głowy na której ta twarz wisi”. Świetne wyjście z sytuacji, nie dość, że uratować odwłok od kary, to jeszcze doskonale wymiksować się z walącego się systemu i płynnie, bez większego bólu zainstalować się w nowej rzeczywistości. I tak trwa to do dziś.

Czy ktoś na serio jeszcze uważa, że komunę obalił elektryk z wąsikiem, który porwał za sobą niby miliony ludzi? Gdyby komuna miała się dobrze i miała trwać, to Wałęsa zostałby znaleziony z kulką w głowie, zanim zdążyłby sobie przystrzyc wąsika przed lustrem.

Ale Wałęsa był na rękę komunistom, bowiem przy różnego rodzaju majstersztykach, potrzebny jest czasem pożyteczny idiota, który swoją prostotą, żeby nie powiedzieć prostactwem , nada swoistego rodzaju wiarygodności niby to spontanicznie rodzącemu się ruchowi oddolnemu. Wówczas łatwowierny lud łatwiej utożsamia się z niby przywódcą.

Czy zatem obecnie przetaczające się protesty przez Polskę przyniosą jakikolwiek efekt oczekiwany przez jego organizatorów? Nie. Nie ma na to szans i niech się organizatorzy nie łudzą nawet, bo po drugiej stronie nie siedzi zgraja idiotów czy infantylnych nieuków, którzy działają na oślep. Tam siedzi potężny sztab ekspertów, strategów i znawców spraw od kwestii bezpieczeństwa, zarządzania i psychologii tłumu, którzy przećwiczone mają wiele scenariuszy.

Czy naprawdę nikogo nie zastanawia bierność policji i służb?

Nie mam tu na myśli kordonów zwykłych policjantów, którzy stoją na ulicy i co po chwila miotani się nacierającym tłumem a to z jednej, a to z drugiej strony. Mam na myśli rzeczywiste działania toczące się pod powierzchnią. Służby państwowe, a przede wszystkim aparat służb specjalnych ma cały wachlarz możliwości do zdezawuowania, skompromitowania, rozbicia jedności czy w reszcie znalezienia haków i form bezpośredniego nacisku na organizatorów protestów, zwłaszcza tych, którzy non-stop sami cisną się na piedestał i przed kamery. Zasada jest prosta – walisz w przywódcę, reszta ucieka. To naprawdę żadna nowość. A jednak tak się nie dzieje.

Czy to 450 tys. ludzi chodzących po Polsce to dużo?

Z punktu widzenia liczebności całego narodu, to jest garstka. Pamiętam jak po którymś kolejnym wyborze Władimira Putina na fotel prezydenta Federacji Rosyjskiej, całe światowe media obiegł obraz, największych w „putinowskiej” Rosji protestów w Moskwie. Wszyscy rozpływali się wręcz i wieszczyli szybkie tąpnięcie w narodzie, którego sam Putin powinien zacząć się realnie bać. Od tamtego czasu minęło już blisko 8 lat. To był czas powrotu Putina na Kreml po marionetkowej prezydenturze Miedwiediewa. Na kamerach wyglądało to na przebudzenie Rosjan i narodowe oburzenie przeciw takiemu traktowaniu społeczeństwa. Wszyscy relacjonowali „ Na ulicach Moskwy szacuje się, że przemaszerowało prawie 500 tys. ludzi”.

I co? I nic.

To był grudzień, ludzie pomaszerowali, zmarzli i poszli do domu, a stary wujek Wołodia jak rządził, tak rządzi o tego czasu kolejne już 8 lat.

I tak samo będzie tutaj w Polsce. Pochodzą, pochodzą, ktoś przy okazji dostanie Covida, ktoś się przeziębi, ktoś się znudzi, ktoś się zrazi fanatycznymi postulatami kierownictwa strajku – i słusznie zresztą, bo to lewackie odloty chorych umysłów. Ktoś dostanie w głowę, komuś poleje się krew, jakiś ex-pseudo-minister dostanie gazem w ślepia i tyle. A przy okazji protestujący sami między sobą się pokłócą i rzucą sobie do gardeł, bo jak zobaczą świnię Boniego w tej skretyniałej niby radzie konsultacyjnej i jak zobaczą pseudo-profesorkę Płatek, co to twierdzi, że w związkach homoseksualnych rodzi się tyle samo dzieci, a często i więcej niż w heteroseksualnych związkach, a do tego na czele oczywiście stanie wulgarna i fanatycznie opętana lewacką ideologią antywartości Lempartową, to wielu powie:

O nie, nie, nie, nie, w tą stronę to my też nie chcemy żeby to poszło”.

Przypomnę jeszcze raz – ponad 10 mln ludzi głosujących przeciw PiS podczas II tury wyborów prezydenckich, a na ulicach pół miliona. Czyli 9,5 mln ich własnych niby sojuszników, ma ten protest w głębokim poważaniu. I w zasadzie dobrze, bo ludzie chcą normalnie żyć, a nie ciągle toczyć boje o ciągle podsycane problemy. Czy to jednak w jakikolwiek sposób usprawiedliwia idiotyczne wręcz czasem działania rządu czy też całego PiS-u? Absolutnie nie. Ale czy ktokolwiek myśli, że powrót PO, albo co gorsza dorwanie się skrajnej lewicy do władzy wyjdzie narodowi na dobre? Wolne żarty. Wystarczy rozejrzeć się po świecie tzw. zachodu, aby zobaczyć do czego prowadzą rządy pseudo-liberałów i lewicy. Jak rozwalana od wewnątrz jest Ameryka i jak agresywne i niebezpieczne działania prowadzi właśnie strona lewicowa wobec normalnego ładu i porządku społecznego.

Problem jednak w tym, że Polska stoi niestety w samym środku rzeczywistości, w której wybór modelu społeczno-państwowego jest bodaj najbardziej parszywy z możliwych. Bo z jednej strony mamy kompletnie zdegenerowany zachód, pozbawiony kompletnie zasad, moralności i wartości,w którym wszystko wolno i nic nikomu za nic, a z drugiej zamordystyczny wschód, o który już  historycznie się otarliśmy i wiemy jak było. Czy Polska będzie w stanie czerpać z tego co najlepsze na zachodzie i z tego co najlepsze na wschodzie a odrzuci to co najgorsze po obu stronach? Nie wiem. Póki co mam wrażenie, że czerpie z najgorszych wzorców zachodu i z najgorszych wzorców wschodu.

Obym dożył czasów, że będzie odwrotnie… oby. 

Autor: Artur Świątek