To, co zrobiła Rosja, paradoksalnie bardzo mocno odsłania jej strategiczną bezsilność i frustrację. W historii konfliktów zbrojnych uderzenie w najświętsze symbole narodowe i religijne przeciwnika rzadko jest pokazem prawdziwej militarnej dominacji – znacznie częściej to akt desperacji, gdy inne metody łamania oporu zawodzą.

W doktrynie wojennej uderzenia w cele stricte kulturowe i sakralne (niebędące węzłami logistycznymi czy bazami wojskowymi) to klasyczny terror psychologiczny. Stosuje go armia, która nie potrafi osiągnąć przełomu na froncie metodami czysto konwencjonalnymi. Zamiast niszczyć ukraińskie wojsko, niszczy się ukraińską duszę, próbując wywołać panikę i zmusić społeczeństwo do kapitulacji. Tyle że historia uczy, iż takie akty barbarzyństwa działają dokładnie odwrotnie – cementują opór i rodzą potworną nienawiść.

Ławra jest dla ukraińskiego prawosławia (i szerzej – dla całej kultury wschodniosłowiańskiej) dokładnie tym, czym Jasna Góra w Częstochowie dla polskiego katolicyzmu.
To kolebka monastycyzmu (życia zakonnego) na Rusi Kijowskiej. Od XI wieku jest to najważniejszy ośrodek duchowy dla chrześcijaństwa wschodniego w tej części Europy. Dla milionów wiernych to najświętsze miejsce na Ukrainie.
To tutaj pisano pierwsze kroniki (m.in. słynną Powieść minionych lat mnicha Nestora), które dały początek spisanej historii regionu. Przetrwała najazdy mongolskie, pożary, czasy carskie, sowiecki ateizm (gdy zamieniono ją w muzeum)…
W ostatnich latach stała się niestety dla niej, jak widać na załączonym obrazku, punktem ciężkich sporów geopolitycznych i religijnych na Ukrainie. Przez lata była zarządzana przez Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego, co w kontekście wojny wywołało ogromne napięcia i procesy przekazywania sanktuarium na rzecz Cerkwi Prawosławnej Ukrainy.

Rzadko już piszę o Rosji. Nie czuję się tu jakimś specjalistą. Ale mieszkałem tam i to daje mi prawo – tak uważam – powiedzieć, że władze tego podbitego wewnętrznie kraju (bo społeczeństwo tam nie istnieje, jest co najwyżej lud spojony językiem i strachem) pokazały swoją prawdziwą twarz.

Uderzenie w kolebkę wschodniosłowiańskiego monastycyzmu przez państwo, które oficjalnie deklaruje się jako obrońca prawosławia, to ostateczny demontaż ideologiczny tzw. Russkiego Miru.

​Pokazuje to bezwzględny pragmatyzm wojenny Kremla. Władimir Putin i rosyjskie dowództwo udowodnili, że nie ma dla nich żadnych „świętości”, a retoryka religijna jest używana przez Moskwę wyłącznie instrumentalnie.

Ten atak spalił ostatnie mosty emocjonalne i duchowe, jakie niektórzy ukraińscie wierni mogli jeszcze mieć wobec Moskwy. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której jakikolwiek ukraiński chrześcijanin mógłby nadal argumentować potrzebę zachowania jedności duchowej z Cerkwią rosyjską, która legitymizuje władzę niszczącą ich najważniejsze sanktuarium.

Kreml wysyła sygnał, że jest gotowy niszczyć tożsamość narodową Ukrainy u samego jej korzenia. Jeśli Rosjanie uderzają w obiekt o takim znaczeniu historycznym, oznacza to całkowite porzucenie hamulców wizerunkowych. Chodzi o złamanie ducha Ukraińców poprzez uderzenie w to, co dla nich najświętsze.

W świetle prawa międzynarodowego celowe niszczenie lub bombardowanie obiektów kulturalnych i sakralnych, takich jak Ławra Peczerska (która nie jest wykorzystywana do celów wojskowych), stanowi zbrodnię wojenną.
Ochrona dóbr kultury podczas konfliktów zbrojnych jest głęboko zakorzeniona zarówno w prawie traktatowym, jak i w międzynarodowym prawie zwyczajowym. O przestrzeganie tego ostatniego barbarzyńców z Moskwy, dla których nie ma nic świętego, nawet bym nie podejrzewał.

Jeżeli chodzi o prawo spisane to zgodnie ze Statutem Rzymskim Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK):
„Zamierzone kierowanie ataków na obiekty przeznaczone na cele religijne, edukacyjne, artystyczne, naukowe lub dobroczynne, pomniki historii […], pod warunkiem że nie są one obiektami wojskowymi”.

Obowiązuje Konwencja Hasła z 1954 roku o ochronie dóbr kulturalnych w razie konfliktu zbrojnego wraz z Pierwszym i Drugim Protokołem (zarówno Ukraina, jak i Rosja są jej stronami).

Nakłada ona na strony obowiązek poszanowania dóbr kultury znajdujących się zarówno na ich własnym terytorium, jak i na terytorium wysokich układających się stron, poprzez powstrzymanie się od jakiegokolwiek użycia tych dóbr, ich otoczenia oraz urządzeń służących do ich ochrony w celach, które mogłyby narazić te dobra na zniszczenie lub uszkodzenie, oraz poprzez powstrzymanie się od jakiegokolwiek aktu nieprzyjacielskiego wymierzonego przeciwko tym dobrom.

Drugi Protokół (1999 r.) w artykule 15 wprost definiuje poważne naruszenia Konwencji (w tym uczynienie dobra kultury przedmiotem ataku) jako przestępstwo o charakterze karnym.

3. Protokoły Dodatkowe do Konwencji Genewskich z 1949 roku bezwzględnie zakazują
popełniania jakichkolwiek aktów wrogich skierowanych przeciwko zabytkom historycznym, dziełom sztuki lub miejscom kultu, które stanowią dziedzictwo kulturalne lub duchowe narodów;
Wykorzystywania takich obiektów do poparcia wysiłku wojskowego czy czynienia takich obiektów przedmiotem odwetu.

Jest też konwencja UNESCO z 1972 roku (Dziedzictwo Ludzkości)
Ławra Peczerska, wraz z Soborem Mądrości Bożej (Sofijskim), została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1990 roku.

Ratyfikując Konwencję w sprawie ochrony światowego dziedzictwa kulturowego i naturalnego, państwa-sygnatariusze (w tym Rosja) zobowiązały się do niepodejmowania żadnych rozmyślnych działań, które mogłyby bezpośrednio lub pośrednio niszczyć dziedzictwo kulturowe położone na terytorium innych państw stron.

W prawie międzynarodowym istnieje pojęcie konieczności wojskowej (military necessity). Ochrona dóbr kultury może zostać uchylona tylko wtedy, gdy dany obiekt (np. wieża cerkiewna) zostanie przekształcony przez obrońców w punkt militarny (np. stanowisko strzeleckie lub obserwacyjne).

Jeśli jednak obiekt pełni wyłącznie funkcje religijne i cywilne, jego zbombardowanie rakietami czy dronami jest jawnym, bezdyskusyjnym pogwałceniem prawa międzynarodowego i podlega odpowiedzialności karnej jako zbrodnia wojenna. Sprawcami w tym przypadku są zarówno dowódcy wydający rozkaz, jak i bezpośredni wykonawcy ataku.

Wszystkie te akty prawne barbarzyńcy z Moskwy wrzucili do wychodka.

Nastąpiło to w niezwykle ważnym momencie politycznym – tuż przed szczytem G7 we Francji oraz w czasie intensywnych rozmów Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem na temat potencjalnych dróg zakończenia wojny.

Tego typu brutalny pokaz siły i wandalizmu kulturowego ze strony Putina drastycznie utrudnia opcję „łagodnych” negocjacji.

Dla opinii międzynarodowej płonąca Ławra to potężny argument na rzecz tego, że z obecnym Kremlem nie da się pójść na zgniłe kompromisy, bo jego celem jest całkowita anihilacja ukraińskiej kultury. To także sygnał dla Zachodu, że systemy obrony przeciwlotniczej Ukrainy wciąż wymagają natychmiastowego i potężnego wzmocnienia.

A dla Polaków – możemy się z Ukraińcami spierać o banderyzm. I róbmy to, bo ukraińska polityka odwołująca się do takiego „dziedzictwa” to nie jest głupota. To błąd. Kategoria w polityce ciężka, co zauważył już Talleyrand. Z nią Ukraina do UE nie wejdzie (trudno mi sobie to wyobrazić).

Jednak granicą tych sporów jest wsparcie dla Ukrainy. Nie stać nas na rezygnację z tego i wszelkie dywagacje o „remontach w Jasionce” niech pozostaną tylko czczą gadaniną.

Płonąca Ławra przypomina o rzeczy fundamentalnej: Rosja Putina nie prowadzi wojny o granice, obwody czy traktaty. Prowadzi wojnę totalną o unicestwienie tożsamości – najpierw ukraińskiej, a potem każdej innej, która stanie jej na drodze. („Z Niemcami ryzykujemy utratę naszej wolności, z Rosjanami utracimy naszą duszę” – czy ktoś dzisiaj pamięta ktoś i kiedy to powiedział?).

Nasz spór z Kijowem o historię to luksus ludzi wolnych. Jeśli Ukraina tę wojnę przegra, ten luksus zniknie, a my obudzimy się w świecie, w którym jedynym obowiązującym prawem będzie prawo silniejszego.

Barbarzyńców pod bramą nie powstrzymuje się traktatami, tylko żelazem. I to w naszym, czysto egoistycznym, polskim interesie jest dbać o to, by to żelazo nie przestało na Ukrainę płynąć.

Bo prawda jest brutalnie prosta. Jeśli dziś pozwolimy Kremlowi bezkarnie spalić ukraińską Częstochowę, jutro nikt na świecie nie kiwnie palcem, gdy rosyjskie rakiety spadną na naszą. Pomagając Ukrainie, nie robimy im przysługi. Bronimy własnego bezpiecznego jutra. Kto tego nie rozumie, ten z historii nie nauczył się absolutnie niczego.

Jako prawnik wiem, że prawo bez sankcji i bez siły, która je egzekwuje, staje się pustą literą. Rosja dawno już wypowiedziała posłuszeństwo cywilizowanemu światu. Dziś na gruzach Ławry Peczerskiej pisze się nowy porządek międzynarodowy. Albo obronimy Ukrainę i udowodnimy, że zbrodnia rodzi karę, albo damy Moskwie licencję na bezkarne barbarzyństwo tuż za naszą wschodnią granicą. Wybór nie jest moralny – jest czysto egzystencjalny.