Język jest tu brutalny, gdyż prawda jest brutalna, jeszcze bardziej, niż w powyższym scenariuszu.
Kto da więcej? Tusk da więcej, bo ma, a PiS – nie ma.
Wyobraźcie to sobie taki oto scenariusz, krok po kroku. Żadnego pośpiechu. Polityka uwielbia te całe ceregiele. Długie, patetyczne wstępy, górnolotne deklaracje, „nigdy w życiu!”, „zdrada narodowa!”, a potem, jak już kamery zgasną – ciche, brudne, śmierdzące targi w zaciemnionych gabinetach, gdzie liczy się tylko kasa, stołki i kto kogo przechytrzy.
Oto Konfederacja, ta niby-buntownicza formacja, która przez lata żerowała na gniewie zwykłych ludzi – przeciwko całemu temu „układowi”, przeciwko Tuskowi i jego bandzie, przeciwko zdrajcom, lewactwu, genderówce, unijnym smyczom i socjalnemu rozdawnictwu – stoi teraz przed największym testem w swoim życiu. I historia uczy, że taki test prawie zawsze kończy się tak samo: ideologia leci na śmietnik, gdy tylko pojawią się konkrety.
Ministerstwa.
Budżety.
Limuzyny z kierowcą.
Bezkarność.
Realna władza i gruba kasa. Bardzo gruba.
Zacznijmy od samego początku.
Jest wieczór wyborczy 2027. Sondaże, które od miesięcy pokazywały Konfederację (i tę Mentzena z Bosakiem, i Brauna) na mocnych 13–18 procentach +, właśnie wchodzą w życie.
KO Tuska ma za mało na samodzielne rządy. PiS Kaczyńskiego też ledwo zipie. Prawica posrana na kawałki, lewica słaba jak nigdy. I nagle Konfederacja – języczek u wagi. Ten sam języczek, który jeszcze wczoraj darł mordę na prawo i lewo:
„Nigdy z Tuskiem!”,
„Koalicja z PO to zdrada!”,
„My jesteśmy prawdziwą alternatywą dla tego całego syfu!”.
Ale noc wyborcza ma to do siebie, że szybko zmienia ludziom perspektywę. Najpierw dzwoni Kaczyński: „Panowie, prawica musi się scalić, to historyczna chwila”. Mentzen słucha, Bosak kiwa głową z namysłem, Braun patrzy spode łba jak zawsze. Ale w tle już wibruje drugi telefon. Z obozu Tuska. Spokojny, kulturalny głos: „Rozmawiajmy. Jesteście nam potrzebni. Nie musicie nas kochać, wystarczy, że usiądziecie do stołu. Będziecie mieli co jeść”.
I tu zaczyna się ta powolna, elegancka, ale śmierdząca zdrada. Nie jeden wielki nóż w plecach, tylko tysiąc małych pchnięć. Każde wytłumaczone „pragmatyzmem”, „odpowiedzialnością za Polskę” i „trudnymi czasami”.
Pierwszy etap – pieprzenie retoryką.
Jeszcze tej samej nocy liderzy wychodzą do kamer z minami świętych i mówią dokładnie to, co trzeba: „Jesteśmy otwarci na rozmowy ze WSZYSTKIMI siłami, które szanują polską suwerenność”. Magiczne słowo „wszystkimi”. Bo „wszyscy” to już nie tylko PiS. To furtka szeroka jak dupa Tuska. Kilka dni później pada kolejne zdanie: „Nie można wykluczać żadnej opcji, jeśli chodzi o dobro państwa”. Tłumaczenie dla frajerów-elektoratu: „Spokojnie, nie zdradzamy, my tylko badamy teren”. Klasyczny polski polityczny kit, którym karmią ludzi od ponad 30 lat.
Drugi etap – program poszedł się jebać.
Tutaj boli najbardziej, bo każdy widzi. Pamiętacie te wszystkie mentzenowe bzdety o wolności gospodarczej, cięciu podatków, końcu socjalnego raju?
No właśnie. Jak Tusk szepnie: „Dostaniecie gospodarkę i finanse, ale odpuśćcie radykalne cięcia w socjalu i ten cały zielony ład”, to nagle „wolny rynek wymaga kompromisów w trudnych czasach”.
Bosak, ten niby-strażnik tradycji i suwerenności, usłyszy: „Weźmiecie MSWiA albo obronę, ale musicie przełknąć, że Unia to nasz wspólny dom i żadnego Polexitu ani awantur”. I Bosak – ten sam, co jeszcze niedawno ryczał – nagle znajdzie piękne słowa: „To nie kapitulacja, to realizm geopolityczny, proszę Państwa”.
Braun? Dostanie jakieś widowiskowe gówno – kulturę albo edukację. Będzie mógł dalej gasić menory i robić show o polskiej duszy. A w tle poważni panowie z resortów finansowych dogadają sobie kolejne miliardy z Brukseli. Bo pieniądze, jak wiadomo, nie śmierdzą – nawet jak śmierdzą Tuskiem i von der Leyen.
Trzeci etap – najbrudniejszy, czyli ludzka natura.
Kilku posłów i lokalnych kacyków nagle olśni: „Kurwa, w opozycji to się tylko wali konia i zbiera lajki”. Lepiej być wiceministrem z furą i ochroną. Firmy powiązane z Konfederacją dostaną lepsze kontrakty. Media, które jeszcze wczoraj nazywały ich faszystami, nagle będą pisać „dojrzeli, weszli do głównego nurtu”. I tak miesiąc po miesiącu twardy elektorat będzie tracił nerwy. Część odejdzie do resztek radykałów, część po prostu machnie ręką i nie pójdzie głosować. A ta młoda ekipa, co kupiła narrację „antysystemowi”, usłyszy bajkę: „System dało się zmienić od środka, ziom”.
Oczywiście wszystko będzie pięknie opakowane w gówno. „To nie zdrada zasad, to ich urzeczywistnienie”. „PiS był za socjalistyczny, Tusk jest pragmatyczny”. „Lepiej mieć realny wpływ niż czystą mordę w opozycji”.
Kaczyński będzie darł ryja o „zdradzie narodowej” – i będzie miał rację, ale za późno.
Tusk będzie się szczerzył tym swoim uśmiechem szui: „Demokracja zwyciężyła, wszyscy dorośli”.
A zwykły wyborca Konfederacji? Ten, co naprawdę uwierzył w wolność, suwerenność i walkę z układem? Zostanie z wielkim kutasem w rękach i poczuciem, że znowu go wydymali. Że partia, która miała być czymś innym, stała się kolejnym elementem tego samego śmierdzącego układu. Tylko w nowszych ciuchach i z nowszymi twarzami.
Bo taka jest brutalna prawda polskiej polityki, chłopaki: władza korumpuje. A władza na spółkę korumpuje jeszcze mocniej i szybciej. Konfederacja nie sprzeda się w jeden dzień. Sprzeda się powoli, z godnością, z setką konferencji i tysiącem mądrych uzasadnień. Dokładnie tak, jak sprzedawali się wszyscy przed nimi.
I jak za parę lat ktoś zapyta: „Kurwa, co się stało z tym prawicowym buntem?”, ktoś z byłej ekipy Konfederacji odpowie ze smutnym, zmęczonym uśmiechem: „Musieliśmy wejść do systemu, żeby go zmienić”.
Tyle że system zawsze zmienia tych, co do niego wchodzą. Zawsze.
Z A W S Z E !
Résumé:
Do zobaczenia w 2028 roku. Będziecie mieli nowe ryje w rządzie. I te same, stare, gorzkie rozczarowania. Bo największą zdradą nie jest zmiana sojuszników. Największą zdradą jest zostawić swoich wyborców z gołą dupą. A to się, niestety, zawsze opłaca.
©LV
Autor: Laura Vickers TT
Zostaw komentarz