Przyznaję otwarcie. Uczyłam się dobrze, czyli równo na same czwórki (za wyjatkiem chemii organicznej, z ktorej mialam piątkę, bo to bardzo ciekawe z czego zbudowany jest człowiek i inne organizmy żywe, no i historii) – co wystarczało na moje potrzeby.
Rzadko jednak wybierałam się na eskapady z kolegami, a częściej odbywałam spacery po Warszawie pod hasłem „podaruj sobie odrobinę luksusu”. Ten luksus to była samotność i brak pośpiechu. Wsiadałam sobie dajmy na to w tramwaj jechałam do Śródmieścia i schodziłam na Dobrą. Siedziałam na lawce pod kasztanami, przyglądałam się ludziom i pisałam dziennik, albo wiersze (to był jedyny czas w moim życiu kiedy pisałam wiersze). Piłam w kawiarni kawę „plujkę” w szklance w metalowym koszyczku i paliłam papierosa Marlboro. Albo chodziłam po Muzeum Warszawy, gdzie najbardziej na świecie uwielbiałam ogladać model 17 wiecznej czy 18 wiecznej kamienicy mieszczańskiej w przekroju, bo była jak domek dla lalek i mozna sobie było wyobrażać jak tam ludzie żyli.
Miałam niestety w życiu ten problem, że na te wagary to ja wcale nie musiałam chodzić, bo jak bym mamie powiedziała, że nie chcę iść do szkoły, to spokojnie mogłabym nie pójść… ale… No ale byłam dzieckiem bardzo pieczołowicie wychowywanym i pilnowanym i z pewnością musiałabym się tak czy inaczej wyspowiadać z każdej pożytecznie spędzonej godziny dnia.
Więc chodziłam na wagary, nie żeby uciec ze szkoły, ale żeby mnie nikt nie pilnował, żeby nikt nie organizował mi życia i żeby już wreszcie niczego ode mnie nie wymagał…
Do tej pory pamiętam smak wagarów, tę dziwną cierpką rozkosz samotności i wolności zarazem. Przypomnialam go sobie ostatnio. Zamiast szybko przemieszczać się od jednego zajęcia w pracy do drugiego prywatnego, pomiędzy jednym ludżmi, którzy ode mnie coś chcą, a drugimi ktorzy też cos chcą – wykorzystałam,ze mogłam za pomocą, przyznajmy to, odrobiny oszustw, skombinować sobie „okienko”, poszłam na wagary.
Siadłam nad szklaneczka mojito i cieszyłam się samotnością. Płynąca Wisłą, słońcem, wiatrem, widokami miasta.
I w dodatku wagary zostały nagrodzone. Idę sobie piechotą przez Most Swiętokrzyski, dochodzę do ulicy Jagiellońskiej a tu z przeciwka idzie w stronę Wisły, dwóch krągłolicych młodych ludzi – jeden w czapce z daszkiem. „Dzień dobry pani Agnieszko” mówi jeden, „dziękujemy za pracę”.
Ki licho? – myślę sobie.. Za jaką pracę ten chłopak mi dziękuje? Czy ja go gdzieś zatrudniałam? Ale nijak sobie go nie mogę przypomnieć.
„Bo my jesteśmy Białorusinami – wyjaśnia. I oglądamy stale Bielsat. Subskrybuję też pani konto na Fejsbooku.” Aj.. czyli za moją (między innymi) pracę…
Bardzo to było miłe!
Sympatyczny, nieznajomy Białorusinie serdecznie Cię pozdrawiam (i kolegę też).
Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zostaw komentarz