Od kiedy tylko zacząłem udzielać się publicznie staram się występować i pisać w duchu realizmu politycznego. Powyższe powoduje, że niektórzy niezbyt dokładnie czytający moje teksty co jakiś czas, zazwyczaj z uznaniem, komentują, że moja publicystyka jest „geopolityczna” w duchu. Otóż nie jest. W najmniejszym nawet stopniu.

Tezy polskich „geopolityków” (czyli ludzi, który ani dnia nie przepracowali w realu zajmując się polityką zagraniczną) uważam za zestaw wyjątkowo szkodliwych w istocie antyzachodnich i prorosyjskich w duchu bredni. Redukowanie wszystkiego do geografii to przejaw niezrumienienia świata albo cynicznego upraszczania go, po to by zyskać poklask ludzi niezdolnych do zrozumienia nieco bardziej jednak skomplikowanego świata. Tezy o tym jak to nas Zachód nas już „zdradził” to tyle, co niedojrzała histeria, a nie żadna analiza. A już pomysły, byśmy się za przeproszeniem wypięli na Zachód i sami układali się z Rosją to tyle, co suflowanie tego, byśmy negocjowali z Rosją warunki kapitulacji. A, że wszystko to jest jeszcze oblane sosikiem tajemnej wiedzy, to pozostaje mi tylko środowisko to uznać za sektę. A ja sekt nie lubiłem i nie lubię.

Słowem nigdy nie miałem, nie mam i nie ma ochoty mieć z tym środowiskiem nic wspólnego. A o tym, czemu wkrótce większy tekst w Onet.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)