Polski wymiar sprawiedliwości od lat cieszy się ograniczonym zaufaniem społecznym. W różnych badaniach poziom nieufności wobec sądów często oscylował wokół 60-70%, a najczęściej wskazywane problemy to przewlekłość postępowań, skomplikowane procedury i poczucie oderwania instytucji od zwykłego obywatela. Ludzie mają często wrażenie, że wchodzą w kontakt z bezduszną machiną, a nie z drugim człowiekiem.

I właśnie dlatego dzisiejsze zdarzenie zrobiło na mnie takie wrażenie. Nie dlatego, że sąd odwołał rozprawę, ale dlatego, że ktoś zachował się po ludzku.

Od pewnego czasu prowadzę spór prawny z jedną z instytucji państwowych, więc miałem już okazję poznać urzędową rzeczywistość od środka. Miałem wyznaczoną rozprawę na 17 czerwca. Nagle telefon z wrocławskiego sądu okręgowego. Pani informuje, że posiedzenie zostało odwołane z powodu choroby sędziego. Przeprasza za niedogodności. Koniec rozmowy.

Co ciekawe, nigdy nie podawałem sądowi swojego numeru telefonu, więc nie wiem, skąd został pozyskany. W normalnych okolicznościach pewnie zastanawiałbym się nad tym dłużej, ale pierwszą reakcją było zwykłe zdziwienie, że komuś chciało się wykonać telefon, aby oszczędzić obywatelowi niepotrzebnej podróży i straty czasu.

Ktoś powie: nic nadzwyczajnego. A jednak.
Jeszcze kilka lat temu wielu obywateli dowiedziałoby się o tym dopiero pod salą rozpraw, po straconym czasie, kosztach dojazdu i konieczności reorganizacji całego dnia. Tym razem ktoś pomyślał, że po drugiej stronie nie znajduje się sygnatura akt, lecz człowiek.

Być może właśnie dlatego ten telefon zrobił na mnie takie wrażenie. Nie dlatego, że wydarzyło się coś wielkiego, lecz dlatego, że w Polsce przywykliśmy już do sytuacji odwrotnej. Gdy zwykła uprzejmość urzędnika staje się czymś zaskakującym, to wiele mówi nie tylko o instytucjach państwa, ale także o naszych doświadczeniach z nimi.

Nie zmienia to wszystkich problemów polskiego sądownictwa. Nie skróci wieloletnich procesów ani nie naprawi przewlekłości postępowań. Ale przypomina o czymś ważnym: nawet największa instytucja staje się lepsza wtedy, gdy pracujący w niej ludzie pamiętają, komu ma ona służyć.

Paradoksalnie często bardziej zapamiętujemy jeden przejaw zwykłej życzliwości niż dziesiątki urzędowych pism. Bo sprawne państwo buduje się nie tylko ustawami i procedurami. Buduje się je także szacunkiem dla czasu obywatela.