Sklep „Społem”. 100 metrów od mojej kamienicy. Często tam kupuję. Jest drożej niż w Biedrze/Biedzie, ale swojsko. Same znajome twarze w obsłudze i klienteli.

To zwłaszcza w kowidzie jest ważne. Utrzymać więzi społeczne.

Dlatego kupuję więcej niż przed kowidem. Śledzie w oleju, pastę z makreli, pastę jajeczną leżącą koło rybiej, potem śląski ser obrzydliwy (z kminkiem), serki pseudogóralskie.

Gdy kupowałem dziś cebulę czosnkową, pani sklepowa, która rozkładała właśnie towar zapytała, czy ma się usunąć. Powiedziałem, że nie i wówczas dostrzegłem odsłonięte jej łydki wspinające się po drabinie ku suszonym grzybom i owocom. Miała białe frote skarpety zwinięte u góry w mój ulupiony rulon. Przez kilka minut obserwowałem, jak wchodzi i schodzi z tej mini drabinki. Miała na sobie fartuch społemowski i była nieco nieporadna, myląc ze sobą suszone owoce z grzybami. To był na swój sposób jakby film pornograficzny.

Myślę, że jestem najbardziej zagrożonym na tym świecie gatunkiem na odlot na inną planetę. Mam wrażenie, że widzę to, czego inni nie widzą, a jak widzą to im się wydaje, że widzą. Ja widzę to, co widzę i nie mogę w to uwierzyć.

Dlatego chodzę do „Społem”. Bo tam jest pewien konstans i nadzieja wbrew nadzieji, grawitacja wbrew antygrawitacji. „Społem” to Społem. Przecież inaczej być nie może dopóki jesteśmy razem…

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.