Za czasów byłego komendanta generała Marka Działoszyńskiego w policji powstały dwie specgrupy, które miały badać aferę taśmową. Pierwsza była powołana latem 2014 tuż po pierwszej publikacji taśm na łamach „Wprost”. Jej celem było rozpracowanie kto stoi za podsłuchami. Druga powołana z policjantów z Biura Spraw Wewnętrznych miała sprawdzić czy w aferę nie są zaangażowani funkcjonariusze innych służb.

Właśnie w tej drugiej, złożonej z zaufanych funkcjonariuszy generała Marka Działoszyńskiego, byłego szefa Policji, policjanci mieli nielegalnie podsłuchiwać wykorzystując luki w prawie.

Podsłuchy dziennikarzom zakładano jako tzw. NN osobom nieznanym, tak żeby uniknąć zarzutów, że podsłuchuje się media. Miały to być osoby podsłuchiwane w ramach innych śledztw kryminalnych. Takie podsłuchy mogą być zakładane tylko na krótki czas, więc policjanci systematycznie odsłuchiwali rozmowy, by potem zniszczyć nagrania i zaczynać podsłuchy od początku. Choć wiadomo, że podsłuchiwano kilkadziesiąt osób, rejestr nazwisk podsłuchiwanych zniszczono.

Inwigilacji poddana została czwórka dziennikarzy piszących wówczas dla „Wprost” – Cezary Bielakowski, Piotr Nisztor i dwaj podpisani pod tym tekstem, czyli Sylwester Latkowski i Michał Majewski. Operacja miała niejawny, zakamuflowany charakter i odbywała się poza wiedzą sądów i prokuratury. Prowadziło ją Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji, czyli jednostka, której celem jest dbanie o czystość szeregów policji. Inwigilacji nie odnotowano w rejestrze. To pozwalało omijać zgody sądów i prokuratury.