Śledząc emocjonalne dyskusje wokół krytyki kandydatury Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego, trudno nie zauważyć, że spór o jedno nazwisko czy jedno wystąpienie prof. Ewy Łętowskiej stał się w istocie sporem o coś znacznie większego. To zderzenie dwóch odmiennych, a zarazem głęboko zakorzenionych w naszej historii postaw: racji rewolucyjnej (barykady) z racją instytucjonalną (formy prawnej).

​Z jednej strony padają argumenty intuicyjne, twarde i zrozumiałe dla każdego, kto pamięta polskie zrywy wolnościowe czy ostatnie lata walki o instytucje: Gdyby w sierpniu 1980 roku strajkujący w Stoczni Gdańskiej oglądali się na ówczesny porządek prawny, nigdy nie powstałaby „Solidarność”. Prawo bywa przecież instrumentem władzy, bywa skostniałe, a w momentach krytycznych to zuchwałość, bunt i poczucie elementarnej sprawiedliwości zmieniają bieg historii, a nie artykuły i paragrafy. Z tej perspektywy chłodny, profesorski legalizm – nakazujący ważyć każdy przecinek w chwili, gdy trzeba ratować państwo – wydaje się elitarystycznym pięknoduchostwem, oderwanym od brutalnych realiów politycznych.

​Z drugiej strony mamy jednak mądrość zupełnie innego rodzaju – tę, którą reprezentuje prof. Łętowska. To nie jest mądrość trybuna ludowego ani człowieka barykady. Profesor Łętowska nigdy na niej nie stała i stać nie będzie, bo jej rolą od zawsze było coś innego: pilnowanie ram. Kiedy mówi, że minister przechodzący bezpośrednio z rządu do sądu konstytucyjnego z błogosławieństwem premiera jako „jego człowiek” budzi problem tzw. appearance of bias (zewnętrznych pozorów stronniczości), to nie robi tego z sympatii do dawnego układu ani z chęci torpedowania zmian. Robi to z pełną świadomością, jak łatwo w imię „dobrych intencji” przekroczyć granicę, za którą kończy się państwo prawa, a zaczyna czysty arbitralizm.

​Dlaczego argumentacja oparta wyłącznie na „sprawiedliwości dziejowej” staje się w pewnym momencie niebezpieczna?

​Barykada to stan wyjątkowy, nie ustrój. Buntem można obalić zły system, ale nie da się buntem zarządzać państwem na co dzień. Jeśli raz przyjmiemy zasadę, że „nasi” mogą ignorować procedury i standardy bezstronności, bo cel jest szczytny, tracimy jakikolwiek moralny i prawny mandat, by krytykować oponentów, gdy robią dokładnie to samo.

​Standardy nie służą władzy, lecz obywatelowi (do jasnej cholery!!! Tylko czemu obywatele nie rozumieją tak podstawowej rzeczy??? Czy są jak głupie dziecko, którym trzeba rządzić nie pytając go nawet o zdanie???).

Wymóg karencji politycznej, dystansu sędziego od rządu i dbałości o instytucjonalny rygor nie został wymyślony po to, by utrudniać życie reformatorom. Został stworzony po to, by chronić słabszego przed silniejszym – niezależnie od tego, kto akurat dzierży władzę.

​Alternatywą dla formy jest anarchia. Wolność bez instytucjonalnych granic natychmiast zamienia się w prawo silniejszego. Gdy odrzucimy chłodny formalizm, o tym, co jest praworządne, decydować zacznie wyłącznie bieżąca większość i poziom decybeli na wiecu.

​Można irytować się na akademicki chłód prawników. Można zarzucać im brak heroizmu w momentach dziejowych zakrętów (cóż, los takiego Dantona nikogo nie pociąga). Warto jednak pamiętać, że po to, by państwo przetrwało, potrzebni są zarówno ci, którzy potrafią wywalczyć wolność na ulicy, jak i ci, którzy później bezwzględnie pilnują jej granic przy biurku.
​Jeśli w procesie naprawiania państwa odrzucimy tych drugich, obudzimy się w rzeczywistości, w której prawo znów będzie tylko tym, co aktualny suweren uzna za stosowne.

A z tej lekcji polska historia naprawdę powinna wyciągnąć już wnioski.