Od chwili, gdy na przyszłego premiera Polski J. Kaczyński wyznaczył Przemysława Czarnka skrywane przed opinią publiczną animozje premiera M. Morawieckiego do P. Czarnka zaczęły przybierać na sile. Były premier nie potrafi się pogodzić z sytuacją, że to nie jego wybrał J. Kaczyński. Morawiecki nie przyjmuje do wiadomości, słów Kaczyńskiego, że „dla prawej strony jego kandydatura jest zupełnie nie do przyjęcia i tak naprawdę była kandydaturą nierealną”, (…) „Dla dużej części elektoratu prawicowego jest on jak czerwona płachta na byka”. Były premier nie przyjmuje tego do wiadomości, ale prezes wie, co mówi.

Będąc przez 6 lat, Prezesem Rady Ministrów swym nazwiskiem firmował wszystkie decyzje, jakie zapadały w gremium politycznym PiS, nie zastanawiając się jak odbiera je prawicowy elektorat.

Wielokrotnie wyrażał sprzeciw wobec wizji Unii Europejskiej jako „superpaństwa”, opowiadając się za koncepcją „Europy ojczyzn” jako wspólnoty suwerennych państw, a nie scentralizowanej struktury.

Ale co konkretnie zrobił poza wyrazami sprzeciwu – nic. Kompletnie nic.

Podczas pandemii, gdy rządził ograni­czano prawa obywateli (m.in. zakaz chodzenia do lasów i parków, odwiedzania cmentarzy), na przedsiębiorców którzy pracowali nasyłano policję. Kościołowi narzucone zostały przepisy dotyczące ilości wiernych w świątyniach, a kapłani, którzy ich nie przestrzegali byli tropieni przez policję i sanepid.

Konserwatywni wyborcy doskonale pamiętają, że to dzięki niemu w Polsce zaczęli na masową skalę pojawiać się ludzie z Afryki i Azji.

Nie ma nic gorszego dla polityka jak śmieszność, a Morawiecki ośmieszył się kilkukrotnie. Po raz pierwszy, w 2020 gdy po powrocie z unijnego szczytu dotyczącego budżetu UE na lata 2021-2027, chwalił się, że Polska ma być jednym z jego największych beneficjentów, bo wynegocjował 750 mld zł. Zapewniał, że „w porozumieniu nie ma bezpośredniego połączenia pomiędzy praworządnością a środkami budżetowymi”.

Podpisując się pod unijną zasadą „pieniądze za praworządność” Morawiecki nie chwalił się tym, że za obietnicę pieniędzy oddał w ręce Brukseli znaczącą część polskiej suwerenności zgadzając się na ponad sto warunków i kamieni milowych.

Przemawiając w Sejmie zwrócił się do opozycji słowami „Droga opozycjo, dzisiaj jest taki czas, że trzeba się uśmiechnąć, trzeba się uśmiechnąć do sukcesu, który odnieśliśmy”.

Olbrzymie billboardy informowały Polaków, o 700 mld zł z Unii.

Do wszystkich, którzy sprzeciwiali się unijnemu mechanizmowi warunkowości (pieniądze za praworządność), bo widzieli w niej narzędzie do ograniczenia suwerenności Polski, premier mówił, że nie ma takich możliwości, ponieważ jak go zapewniano mechanizm będzie służył tylko do walki z ko­rupcją, dlatego został ograniczony bardzo precyzyjnymi konkluzjami, które blokują w przyszłości możliwość zmiany tych zasad wbrew Polsce.. Gwarantował, że – nawet 1 euro nie będzie zablokowane.

Ile warte były zapewnienia unijne i konkluzje, Morawiecki mógł się przekonać już po kilku miesiącach, gdy prezydencja niemiecka dodała do wynegocjowanego w lipcu budżetu UE mechanizm praworządności interpretacje szeroko wychodzące poza ochronę finansów UE.

Gdy UE bezprawnie zablokowała pieniądze z  KPO, europoseł PiS Jacek Saryusz-Wolski opublikował w internecie krótki plan walki z „unijnym bezprawiem” składający się z kilku punktów. Tym bardziej, był on zasadny, bo zgodnie Konwencją Genewską, gdy jedna ze strona umowy nie wywiązuje się ze swoich zobowiązaniach, to wówczas druga strona jest zwolniona ze swoich. Morawiecki z niego nie skorzystał. Przecież nie do pomyślenia jest by Polska sądziła się z Unią.

Kolejny raz ośmieszył się gdy szumnie zapowiadał w grudniu 2020 r. weto wobec pakietu Fit for 55 który podwyższa redukcję emisji gazów CO2 do 55% do 2030 r. by ostatecznie z niego zrezygnować.

Jak było można się na niego zgodzić, nie patrząc na możliwości finansowe Polaków, wiedząc, że zmuszeni będziemy inwestować gigantyczne środki finansowe w modernizację przemysłu i gospodarki, energetykę odnawialną, sektor rolny, transport i w szeregu innych strategicznych sektorach, w renowację budynków itd. skoro ich nie mamy.

Według analityków banku Pekao, realizacja tego pakietu będzie kosztować Polskę 527,5 mld euro, czyli w przeliczeniu prawie 2,5 bln zł.

Podczas szczytu klimatyczne­go w Glasgow w 2021r rząd Mateusza Morawieckiego podpisał deklarację o wycofaniu ze sprzedaży aut spalinowych do 2040 r., nie patrząc na konsekwencje gospodarcze dla Polski.

Gdy widziałam premiera w Brukseli, to zawsze chciałabym by zachowywał się on jak mąż stanu, który jak trzeba to potrafi się postawić jak robił to Orban. Niestety on tego nie umiał, bo nie jest typem wojownika a typowym technokratą. Okładali go ze wszystkich stron, a on nie potrafił się postawić. Za to ciągle uspokajał, przekonywał, że wszystko będzie dobrze, że zawarliśmy porozumienie, kompromis, konkluzje.

Bawił się w Wersal, zamiast zachować się jak mąż stanu, który jak trzeba to potrafi walnąć pięścią w stół. Wszedł w rolę proszącego o jałmużnę, czapkując i bijącym wszystkim pokłony, aby tylko dali, chociaż jedną najmniejszą nawet transzę środków z Funduszu Odbudowy.

Zachowanie niegodne premiera w szerszej perspektywie rzutuje na negatywną ocenę całego społeczeństwa.

Mimo tego mówił:„Polska nigdy chyba nie miała tak znakomitej marki na całym świecie”. Nie wiem, czy w to wierzył czy starał się przekonać sam siebie, mimo, że rzeczywistość skrzeczała.

Jakoś nie wyobrażam sobie Morawieckiego, który wypowiada kon­wencję stambulską, Zielony Ład, pakt migracyjny, ETS. Gdyby został nim ponownie byłoby tak jak za jego rządów – nigdy nie usłyszelibyśmy krytyki polityki UE i Niemiec uderzającej w interes Polski.

Jego powrót to wznowienie uległości wobec UE, przy równoczesnym zapewnianiu, że się z nimi nie zgadza. Wróciła by potulność, tak jak to miało miejsce za czasów jego premierostwa, podczas którego zgodził się na wszystkie szkodliwe unijne postulaty – Zielony Ład, Fit for 55, limity CO2, dekarbonizację polskiej gospodarki, pieniądze za praworządność, ETS.

Ludzie z otoczenia premiera Morawieckiego chwalą Go za to, że jest porządnym człowiekiem, zna się na gospodarce i finansach, ale przez 6 lat rządzenia krajem okazał się miernym politykiem, który nigdy twardo nie bronił interesu Polski, ponieważ bał się postawić duetowi Niemcy-Francja.

Czas pokazał, że byłby dobrym ministrem gospodarki lub finansów, natomiast nigdy nie powinien zostać premierem. Ze względu na cechy charakteru nie nadaje się na ten urząd.