Zaległy artykuł w związku ze sporem o edukację włączającą, a wątek, jak w tytule często przewijał się w całej tej dyskusji, głównie w Ruchu Ochrony Szkoły, stąd wcześniej zapowiedziałem, że napiszę także o tym, bo warto pochylić się również nad tą kwestią.
Można spotkać się właśnie z takim stwierdzeniem, że niby integracja i inkluzja, a niepełnosprawni uczniowie i tak przebywają we własnej grupie, lecz jest to jednak pewne uproszczenie, jak też warto znaleźć przyczyny występowania tego typu sytuacji, bo to nie tyle jest tak, że izolują się w szkole, ale niektórzy po opuszczeniu szkolnictwa masowego bardziej lgną do tzw. Swojego środowiska.

Wiadomo, że najbardziej jestem w stanie odnieść się do tego, jak to jest u osób z moją niepełnosprawnością, a w mniejszym stopniu do innych.
Kiedyś jeszcze wcześniej, nim pojawiła się ta dyskusja w jednym z artykułów napisałem o ludziach dobrych duchach w szkołach, gdzie uczą się niepełnosprawni, konkretnie w tych z klasami integracyjnymi mając na myśli personel nie pedagogiczny, ewentualnie tych nauczycieli nie bezpośrednio zaangażowanych w nauczanie niepełnosprawnych uczniów ilustrując to bardzo pozytywnym przykładem takiej wspólnoty osób życzliwych w mojej podstawówce i gimnazjum, z którymi tworzyliśmy bardzo fajne grono.

Dla przypomnienia tymi osobami byli panie i panowie woźni oraz czego wtedy nie ująłem właśnie kilka nauczycielek nie związanych bezpośrednio z moją klasą.
W tym miejscu doprecyzuję, że nie tylko niepełnosprawni tworzyli tę pozytywną grupę w młodszych rocznikach także pojawiali się tam uczniowie z różnymi niepełnosprawnościami, głównie ruchową, ale właśnie w odniesieniu do mnie i moich rówieśników tam w piwnicy szkolnej nawiązywały się kontakty z pełnosprawnymi wykazującymi pozytywny stosunek do nas.

Dodam też, że panie i panowie woźni byli też takimi dobrymi duchami i nawet pewnym wsparciem dla rodzin niepełnosprawnych uczniów.
Przytoczę jeszcze jeden kontekst związany z moją osobą, ale to miało miejsce w późniejszym okresie mojego życia.

W ogóle nie widzę się w jakimkolwiek telemarketingu, ale na przełomie lat 2005/2006 ukończyłem taki półroczny kurs w Bydgoszczy, a piszę o tym, bo odbywało się to w środowisku osób z dysfunkcją wzroku. Nie był to dobry pomysł, więc dlaczego tam byłem?

To było pokłosie mojej ówczesnej sytuacji doświadczeń w kontaktach z pełnosprawnymi w okresie nauczania indywidualnego w ogólniaku, lecz nie tyle nazywam to brakiem akceptacji, lecz określam to w ten sposób, że wszystkie strony, których to dotyczyło znalazły się na manowcach.

Omawiane zagadnienie ma szerszy wymiar, więc odniosę się też do paru kontekstów nie dotyczących mnie. Może być taki problem w szkołach integracyjnych, że niepełnosprawnemu uczniowi może być trudno zbudować relacje towarzyskie, gdy mieszka dalej od szkoły w innym rejonie miasta lub gdzieś na wsi bliższej lub nieco dalszej.

Ja nie miałem takiego problemu, bo zawsze mieszkałem blisko, ale wśród młodszych ode mnie kilka lat w podstawówce i gimnazjum były również osoby mieszkające poza miastem czy to w okolicznych miejscowościach, gdzie docierały lub nadal docierają podmiejskie linie MZK, ale też na wsiach oddalonych.

Jakiś czas temu przeczytałem artykuł autorstwa Agnieszki Grądzkiej-Wadych i Jarosława Wadycha zamieszczony na łamach środowiskowego miesięcznika Help o pewnej parze dwojga niedowidzących młodszych ode mnie o 7 lat i nasunął on u mnie pewne refleksje, jako, że kiedyś miałem styczność z rodziną bohaterki. Nie znałem jej osobiście, bo wiadomo wtedy była za młoda, czyli w podstawówce, a ja w gimnazjum i liceum, ale miałem kontakt z jej tatą, gdyż nasze rodziny były we wspomnianym przeze mnie stowarzyszeniu i czasem rozmawialiśmy oni pochodzą z Papowa Toruńskiego, gdzie jej najbliżsi nadal mieszkają ona jeszcze też, gdy ten artykuł się ukazał, ale chciała zamieszkać z chłopakiem w jego rodzinnym mieście Tczewie.

Dodatkowo ona jest absolwentką tej samej podstawówki i gimnazjum, zaś swoją dalszą edukację kontynuowała w bydgoskim ośrodku, gdzie uczył się też jej chłopak. Poznali się oni przez nieistniejącą już Naszą Klasę później NK.

Kiedy ostatni raz widziałem się i rozmawiałem z jej tatą, to ona miała dobrą sytuację w naszej wspólnej szkole, a potem nie wiem, jak było, w każdym razie dopuszczam, że mogło być różnie. W szkole też nigdy nie miałem z nią żadnego kontaktu.

Ona widzi nawet na tyle dobrze, że może być przewodnikiem dla swojego chłopaka, gdy realizują wspólną pasję, tym bardziej dlatego zdziwiła mnie jedna rzecz. Tematem artykułu była ich miłość i przede wszystkim właśnie ta wspólna pasja, czyli podróże. Padło tam stwierdzenie obojga bohaterów, że najlepiej czują się oni we własnym środowisku osób z tą samą niepełnosprawnością i w odniesieniu do niej właśnie to mnie zastanowiło i siłą rzeczy nasunęło pytanie czyżby nauka wśród widzących nie odniosła sukcesu w tym przypadku, bowiem podzielam pogląd, że umiejętność budowania relacji z widzącymi jest czynnikiem świadczącym o sukcesie szkolnictwa masowego, nie mniej absolutnie nie oceniam.

Nie oceniam choćby dlatego, że gdy mowa konkretnie o nich jako parze najważniejsze, że im obojgu jest ze sobą dobrze i że do siebie pasują i życzę im jak najlepiej.

Fot. Pixabay.com