Ostatnio przez internet przetoczyła się dyskusja, czy napiwki powinny być obowiązkowe, czy, jak dotychczas, uznaniowe. Sam jestem zwolennikiem drugiej opcji, ale chciałbym by dawanie napiwków stało się polskim obyczajem.
Sam je daję. Nie tylko w restauracjach, kawiarniach, ale także gdy np. w piekarni widzę słoiczek na napiwki.
W wielu wypadkach wspomogą one kieszeń młodych ludzi, którzy pracując w tych miejscach zarabiają na studia lub na tzw. życie.
W punktach gastronomicznych zwyczajowo 10 proc. kwoty ujętej w rachunku.
No chyba, że napiwek, jak np. we Włoszech tzw. servizio, jest już wliczony do kwoty końcowej.
Na ogół, dla mnie, nie są to duże kwoty, ale – jak się ich wiele uzbiera- dla personelu mogą być znaczące.
Często bowiem ich pensje podstawowe są bardzo niskie i napiwki stanowią pokaźny do nich dodatek.
W hotelach, w których za granicą nocuję, zazwyczaj 4* i 5* gwiazdkowych na ogół goście dają je do wspólnego pojemnika, by – jak powiedział mi jeden z menadżerów – „nikogo nie faworyzować”.
Uzbierana z napiwków suma jest sprawiedliwie dzielona między cały personel.
Spora część Polaków ma jeszcze problem z dawaniem napiwków.
Uważają bowiem, że obsługa dostaje za swoją pracę wynagrodzenie i to powinno jej wystarczyć.
Dlatego za granicą mamy opinię skąpców.
I z tego powodu nie jesteśmy za bardzo lubiani w restauracjach czy barach.
Biura turystyczne organizujące wyjazdy grupowe, wiedząc o tym, do kwoty za wakacje wliczają tzw. fundusz napiwkowy.
Dla pilotów, przewodników itd.
Co także mi się nie podoba, bo do dawania napiwków nie powinno się nikogo zmuszać.
Byłoby super gdyby ten fajny zwyczaj wszedł Polakom w krew.
Stał się elementem naszej kindersztuby.
To lepsze jak obowiązek, którego wprowadzenia domagają się niektórzy restauratorzy.
#napiwki
Zostaw komentarz