Historia nie zawsze zaczyna się od huku armat, wkroczenia czołgów i żołnierzy zajmujacych instytucje państwa.
Dlatego warto dzisiaj przypomnieć wydarzenia z Niemiec z 1933 roku. Nie po to, żeby stawiać znak równości między współczesną Polską a III Rzeszą. Na razie, takie porównanie byłoby historycznym nadużyciem. Chodzi o zrozumienie mechanizmów, za pomocą których można doprowadzić do zniszczenia demokratycznego państwa, wykorzystując przy tym jego własne instytucje i procedury.

27 lutego 1933 roku niemiecki parlament stanął w płomieniach. Podpalaczem Reichstagu był holenderski komunista Marinus van der Lubbe. Hitler i jego otoczenie natychmiast wykorzystali tragedię, przedstawiając ją jako dowód komunistycznego zagrożenia dla państwa.
Następnego dnia, 28 lutego, prezydent Paul von Hindenburg podpisał dekret o ochronie narodu i państwa, znany jako dekret pożarowy Reichstagu.Zawieszono podstawowe prawa obywatelskie gwarantowane przez konstytucję weimarską. Ograniczono wolność słowa, prasy i zgromadzeń, tajemnicę korespondencji oraz ochronę przed arbitralnymi aresztowaniami. Policja otrzymała ogromne uprawnienia. Można było zatrzymywać przeciwników politycznych bez przedstawienia konkretnych zarzutów, likwidować organizacje i zamykać niezależne gazety.
Wszystko uzasadniano koniecznością obrony państwa przed zagrożeniem.
To był pierwszy wielki krok w kierunku dyktatury.

5 marca 1933 roku. w wyborach parlamentarnych
NSDAP zdobyła 43,9 procent głosów. Hitler nie uzyskał samodzielnej większości, ale dysponował już ogromnym wpływem na aparat państwowy. Represje wobec przeciwników politycznych narastały, a demokratyczna rywalizacja stawała się coraz bardziej fikcyjna.

23 marca 1933 roku Reichstag zebrał się w berlińskiej Operze Krolla.
Hitler doprowadził do uchwalenia ustawy, która pozwalała rządowi wydawać ustawy bez zgody parlamentu, również takie, które mogły odbiegać od konstytucji.
Zwróćmy uwagę na okoliczności. Wszystkich 81 komunistycznych posłów pozbawiono możliwości wykonywania mandatów. 26 spośród 120 socjaldemokratów również nie mogło uczestniczyć w głosowaniu. Część parlamentarzystów była aresztowana, inni uciekali przed prześladowaniami. W budynku znajdowali się uzbrojeni członkowie SA i SS, wywierający presję na deputowanych.
I oto parlament, który powinien kontrolować władzę wykonawczą, sam przyznał jej możliwość stanowienia prawa z pominięciem parlamentarnej kontroli.Hitler nie musiał już za każdym razem pytać Reichstagu o zgodę.
W lipcu 1933 roku zakazano działalności pozostałych partii politycznych.NSDAP stała się jedyną legalną partią w Niemczech. Parlament formalnie jeszcze istniał, ale jego demokratyczna funkcja została zniszczona. Nie było już rzeczywistej opozycji, politycznej konkurencji ani niezależnej kontroli władzy.
1 sierpnia 1934 roku, uchwalono ustawę łączącą urzędy prezydenta i kanclerza. Po śmierci Hindenburga 2 sierpnia Hitler przejął kompetencje obu urzędów, przyjmując tytuł Führera i kanclerza Rzeszy.

Tak zamknął się proces przechodzenia od demokracji parlamentarnej do pełnej dyktatury.To nie wydarzyło się jednego dnia. To był ciąg kolejnych decyzji, z których każda miała swoje polityczne uzasadnienie.

A teraz spójrzmy na Polskę.

Czy rzeczywiście nie ma żadnego powodu, żeby przypominać te wydarzenia w kontekście obecnego konfliktu?
Wydarzenia z ostatnich dni pokazują, że sytuacja osiągnęła niebezpieczny etap

30 października 2026 roku doszło do interwencji policji w otoczeniu Trybunału. Tusk i jego obóz przedstawiają działania jako próbę przywrócenia praworządności. Nie twierdzę, że Tusk jest Hitlerem. Ale nie wolno nam udawać, że historia nie dostarcza ostrzeżeń. Nie można wybierać sobie konstytucji jak menu w restauracji. Nie można uznawać instytucji państwowych za legalne wtedy, kiedy wydają korzystne dla nas decyzje, a za nielegalne, kiedy stoją nam na drodze.
Hitlerowskie Niemcy są dramatycznym dowodem na to, że można wykorzystać prawo, parlament i formalnie legalne decyzje do zniszczenia demokracji.