W dziejach ludzkiej sprawiedliwości istnieją prawdy tak głębokie i tak oczywiste, że tylko umysły płytkie ośmielają się je kwestionować. Jedną z nich jest odwieczna zasada, iż nie zawsze ten, kto zawinił, musi ponieść karę. Czasem – a nawet częściej – karę ponosi ktoś inny.

I właśnie w tym pozornym paradoksie kryje się najwyższa mądrość społeczna, a nierzadko i ewangeliczna. Bo jeśli Chrystus wziął na siebie grzechy świata, to czemużby zwykły człowiek nie miał wziąć na siebie grzechów bliźniego – zwłaszcza gdy bliźni ten akurat nie jest pod ręką, a tłum już domaga się widowiska?

 

 

Część pierwsza, w której cierpienie niewinnego staje się biletem do raju

 

Pismo Święte uczy nas, że przyjmując cierpienie, stajemy się podobni do chrześcijańskich męczenników. Męczennik nie wybierał sobie prześladowców. Nie negocjował, czy aby na pewno to on powinien być tym, którego rzucą lwom. Przyjmował los z pokorą, wiedząc, że jego ból toruje drogę do nieba nie tylko jemu, lecz i całemu pokoleniu.

Otóż sprawiedliwość zastępcza działa dokładnie według tej samej logiki. Gdy kowala nie ma w pobliżu, a Cygan akurat stoi na rynku – to właśnie Cygan, dźwigając nie swoją winę, wypełnia najpiękniejsze powołanie. Staje się żywą ofiarą przebłagalną. Jego łzy, jego krzyk, a w skrajnych przypadkach nawet jego ostatnie tchnienie stają się wonią przyjemną Panu i – co ważniejsze – uspokajają rozwrzeszczane społeczeństwo. Któż bowiem ośmieliłby się twierdzić, że lepiej zostawić winowajcę na wolności, niż dać ludowi to, czego lud najbardziej pragnie: kogoś, kogo można wskazać palcem i powiedzieć „to przez niego”?

Niewinny, który przyjmuje karę za winnego, nie tylko nie traci – on zyskuje. Zyskuje aureolę, zyskuje miejsce w zbiorowej pamięci, a nierzadko i szybszą ścieżkę zbawienia. W tym sensie sprawiedliwość zastępcza jest aktem miłosierdzia wobec samego ukaranego.

 

 

Część druga, w której kozioł ofiarny okazuje się niezbędnym elementem ładu społecznego

 

Ludzie chcą, by ktoś został ukarany. Niekoniecznie ten, kto zawinił. Wystarczy, że ktoś. Tłum nie studiuje akt. Tłum nie analizuje dowodów. Tłum chce krwi – symbolicznej lub dosłownej – i chce jej natychmiast. Dlatego od zarania dziejów cywilizacja wypracowała instytucję kozła ofiarnego.

Kozioł ofiarny ma tę ogromną zaletę, że jest dostępny. Nie ucieka za granicę, nie chowa się za immunitetem, nie posiada adwokatów z pierwszych stron gazet. Jest pod ręką. A gdy już zostanie wskazany, nastroje społeczne magicznie opadają. Ulice cichną, komentarze pod artykułami tracą na jadowitości, a władza może odetchnąć z ulgą: „Zrobiliśmy, co trzeba”.

Jeśli tylko odpowiednio wytłumaczymy cel całego przedsięwzięcia tym, którzy mają ponieść odpowiedzialność nie za swoje winy, z pewnością zrozumieją. Wystarczy powiedzieć im: „Twoje cierpienie uspokoi naród. Twoja ofiara zapobiegnie większemu złu. Twoja zgoda na niesprawiedliwość jest aktem najwyższego patriotyzmu i chrześcijańskiej pokory”. Któż wobec takich argumentów ośmieliłby się zaprotestować?

 

 

Część trzecia, w której ochrona mniejszości wymaga ofiar z większości

 

Żyjemy w czasach delikatnych. Obcokrajowcy i przedstawiciele różnych mniejszości – jak uczy nas codzienność – popełniają coraz więcej czynów, które dawniej nazwano by przestępstwami. Nie wolno nam jednak wzbudzać rasizmu ani niepokojów na tle narodowościowym. To byłoby niechrześcijańskie, nieeuropejskie i – co gorsza – niepoprawne.

Na szczęście wśród naszych rodaków zawsze znajdą się jednostki, które też nie są bez winy. Które kiedyś ukradły rower, nie zapłaciły alimentów albo w młodości wybiły komuś ząb. Skoro tak, to mogą one z czystym sumieniem odpowiedzieć nie tylko za swoje przewinienia, lecz także za przewinienia przybyszów, którzy dopiero uczą się naszych zwyczajów i jeszcze nie zdążyli w pełni przyswoić lokalnego kodeksu karnego.

W ten sposób chronimy delikatną tkankę wielokulturowego społeczeństwa. Unikamy oskarżeń o ksenofobię. A jednocześnie dajemy ludowi to, czego lud pragnie – widowisko sprawiedliwości. Winny może być ktoś inny. Ukarany zostaje swój. I wszyscy są zadowoleni: jedni, bo uniknęli odpowiedzialności, drudzy, bo ktoś jednak został ukarany, a trzeci – bo zachowali moralną wyższość.

 

 

Część czwarta, w której równość okazuje się pojęciem elastycznym

 

Taki system sprawiedliwości zyskuje na świecie coraz większą popularność. Coraz częściej okazuje się, że odpowiedzialność ponosi nie ten, kto zawinił, lecz ten, kto jest w danym momencie najwygodniejszy do ukarania. I nie ma w tym nic dziwnego. Bo sprawiedliwość sprawiedliwością, a równość równością – ale zawsze znajdą się równi i równiejsi.

Cała mądrość życiowa polega właśnie na tym, aby znaleźć się wśród tych drugich. Aby nie być Cyganem, gdy kowal zniknął. Aby nie być tym, na którego spadnie losowy wybór tłumu. Aby umiejętnie stanąć po właściwej stronie barierek, gdy społeczeństwo znowu poczuje głód ofiary.

W tym układzie niewinność przestaje być wartością samą w sobie. Staje się jedynie okolicznością, którą można – w razie potrzeby – zignorować dla wyższego dobra. A wyższym dobrem (niektórzy powiedzieliby: ,,sprawiedliwością taką, jak my ją rozumiemy”) jest zawsze spokój społeczny, spokój mediów i spokój tych, którzy o sprawiedliwości decydują.

 

 

Epilog pod znakiem szubienicy i aureoli

 

Tak więc kowal może zawinić, a Cygan może zostać powieszony – i będzie to akt głęboko rozsądny, społecznie użyteczny, a nierzadko i duchowo owocny. Bo w świecie, w którym ktoś zawsze musi zostać ukarany, najważniejsze nie jest to, czy ukarany jest winny. Najważniejsze jest to, czy ukaranie kogoś uspokoi resztę.

A reszta, jak wiadomo, uspokaja się najłatwiej wtedy, gdy ofiara jest już gotowa i nie stawia zbędnych pytań.