Z mojej perspektywy wynika to z rozbieżności w zakresie mitotwórczym.

Wygrana Trumpa pokazała, że w USA wciąż jest żywy i przekładalny na politykę mit chrześcijański. W USA jest on rozumiany przede wszystkim ewangelikalnie – czyli w duchu literalnego odczytywania Pisma Świętego.

Pomimo wszelkich innych przyczyn składających się na przewagę Trumpa – chodzi właśnie o to: o odczytanie „prawa naturalnego” w duchu amerykańskiej tradycji ewangelikalnej, która nawet sprowadzona do konserwatywno-liberalnego „common sense” nigdy nie odrzuciła fundamentalnych biblijnych kategorii.

W Europie, która pozostaje pod wpływem Rewolucji Francuskiej jest jednak inaczej. W Europie nie ma ewangelikanizmu – jest Protestantyzm – przede wszystkim w jego ewangelicko-augsburskiej interepretacji, który od dekad obsuwa się w psychologizującą narrację „terapeutyczną”. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, gdzie Kościół Anglikański de facto uległ głębokiej sekularyzacji w tym samym duchu. Nominalnie wciąż jest „teologiczny”, ale w praktyce – jest „psychoanalityczny”.

Oczywiście – są w Europie enklawy katolicyzmu, ale on też ulega szybkiej protestantyzacji za sprawą procesu synodalnego oraz światopoglądowych inklinacji papieża Franciszka.

Co to wszystko oznacza?

Oznacza to narastającą dywergencję między USA a Europą.

Amerykański ekscepcjonalizm, którego kontynuatorem jest Trump będzie nie do pogodzenia z tym, co wyraża sobą Europa.

Rozwód jest nieunikniony!

Oczywiście – narracja marksistowska znajdzie na to szereg bieżących wytłumaczeń, ale ja – w ramach mojego rozumienia historii, jako historii „walki idei” – widzę to w innych kategoriach.

Oczywiście – Trump może okazać się jedynie „epizodem”, ale – moim zdaniem – jego obecna prezydentura przypadła na kluczowy moment historii, który zdecyduje o jej dalszym biegu.

W istocie bowiem chodzi tutaj o przekonanie podmiotu historycznego to tym, czy „żyjąc tak jak chce” jest w zgodzie z historią. Cały sens lewicy poglega na zaprzeczeniu tej tezie. Cały sens prawicy polega na jej ugruntowaniu. Lewica ma narzędzie do podważania przekonania prawicy w postaci marksizmu. Prawica ma narzędzie do podważania lewicy w postaci Pisma.

W Europie oddziaływanie Pisma zanikło. W USA wciąż się trzyma mocno w nurcie ewangelikalnym i tradycji „klasycznego” liberalizmu, który chociaż Pismu zaprzecza, to zarazem z niego czerpie. Wystarczy poczytać Hobbesa, żeby to zrozumieć.

Hobbesowski „Lewiatan” jest po prostu redefinicją starożytnego „Logosu” a nie jakąś całkowicie odmienną kategorią.

Uważam, że Ameryka i Europa znalazły się na różnych ścieżkach nie tyle z powodów czysto materialnych, ale właśnie z powodów ideowych. Ameryka liberalna, Ameryka „Demokratów” odzwierciedlała ideowy model Europy i to pozwalało Europie trwać przy USA pomimo różnych amerykańskich transgresji, ale ten etap właśnie się skończył. Dla Europy – w sensie ideowym – USA stały się dziś „barbarzyńskie” sensu stricte a nie tylko sensu largo.

Mam, rzecz jasna, na względzie światopogląd europejskich elit, gdyż to one wyrażają „esencję” kultury. Europa zatem będzie starać się zająć pozycję „sędziego” a nie realnego uczestnika wydarzeń. Będzie oceniać a nie działać. I ostatecznie zajmie pozycję „postępu”, którą dziś lepiej wyrażają Chiny a nie trumpowska Ameryka.