W sumie – co się zmieniło? Tyle że dzięki politycyzacji facebooka i twittera zmniejszył się dystans od obywatela do posła. Ale to tylko pozór. Nie mam kontaktu z posłami z mojego okręgu, ani nawet regionu. A uczestnictwa w pikietach, wycieczkach, zbieraniach podpisów, wizytach w sejmie u „swoich” posłów nie uważam za faktyczne dzialania. Owszem, ich realny cel, czyli tzw. tworzenie struktur czy zaplecza miałby sens, gdyby nie były one podszyte checią przypodobania się, leczenia kompleksów, bycia poklepywanym po plecach i poklepującym, lecz konkretnym sprawom. I gdyby było jeszcze z kogo owe struktury tworzyć. Zachwyt z powodu wejścia „na salony” wielu przesłania merytoryczną wartość owych salonów. Zresztą nawet liczne interpelacje w sejmie nie wydają się zbyt celowe, chyba że celem jest pokazanie w prawdzie partii rządzącej. Z tym jednak lepiej radzą sobie kabarety.

Wciąż słyszę pytania: No, ale cóż można zrobić w obecnej sytuacji? My składamy – oni wyrzucają do kosza. Powiem językiem psychologii: należy robić to, co możliwe; robienie tego, co niemożliwe, to stawianie się w sytuacji ofiary. Nie mówię tu o rezygnacji z ideałów. Niektórzy rozumieją to, co możliwe, opacznie – jako dążenie do osiągalnego celu widocznego jak na dłoni.

Przypomnijmy, że Polska przez 123 lata zaborów była utopią, mrzonką. Jakie były efekty działań zbrojnych? Co podtrzymywało ideę? Jakie działania miały sens, były realne i prowadziły do celu? Otóż, powstania zbrojne doprowadziły do wyniszczenia i zubożenia narodu polskiego, ideę niezależnej od obcych mocarstw Polski podtrzymywały literatura, język i pamięć historii narodowej, a doraźne działania prowadzące do celu to były drobne kroczki organicznikowskie, wśród nich niezwykle istotna edukacja.

Na hasło „poseł na sejm RP” otwiera się wiele drzwi. Może warto to wykorzystać, robiąc to, co jest możliwe i co prowadzi do naszego wspólnego celu. Czy na pewno pamiętamy, co głosiliśmy jeszcze rok temu?