W debacie publicznej pojawiło się ostatnio trochę głosów, że polski rząd popełnił błędy i nie musieliśmy go przegrać. Wśród błędów pojawia się: zakaz wpuszczenia mediów, brak wystarczającego wsparcia Frontexu i wreszcie brak zaangażowania naszej dyplomacji w krajach pochodzenia.
Zgadzam się, że niewpuszczenie mediów to błąd. Zgadzam się, że Frontex by się przydał, choć bardziej w postaci listka figowego, choć gwoli sprawiedliwości nie jest prawda, że Polska nie próbowała „zeuropeizować” tego konfliktu. Próbowała, szef Frontexu był na granicy, chwalił, były regularne konsultacje na forum unijnym. Wreszcie zgadzam się, że konieczna była aktywność dyplomatyczna w krajach pochodzenia, tylko znów gwoli sprawiedliwości – na miarę możliwości taka aktywność była prowadzona.
Pytanie jest moim zdaniem inne. Czy unikając tych błędów, mogliśmy tego konfliktu nie przegrać. I tu jest moim zdaniem fundamentalna kwestia – NIE MOGLIŚMY WYGRAĆ TEGO KONFLIKTU.
Po prostu w tych okolicznościach byliśmy skazani na porażkę. Gdybyśmy walczyli z samym Łukaszenką, nasze szanse ze względu na specyfikę tego konfliktu były małe, ale niezerowe. Ale biorąc pod uwagę zaangażowanie Kremla, które teraz ujawnia się w całej okazałości, twierdzę, że nie dało się tego nie przegrać.
Powód jest prosty – każde nasze ofensywne działanie wobec Białorusi osłabia Łukaszenkę i przyśpiesza de facto aneksję tego państwa przez Rosję. Wywarcie wpływu na Rosję jest zaś niemożliwe, bo sami tego nie mamy jak zrobić, a UE w dobie kryzysu gazowego i w ogóle stanu relacji Rosja-UE, UE na to się nigdy nie zgodzi. Nie w tak w sumie błahej sprawie.
Wpuszczenie dziennikarzy czy niewpuszczenie nie ma na to kompletnie żadnego wpływu.
Rosja rozpoczynając tę akcję wiedziała, że ma do ugrania trzy cele:
1. Destabilizację sytuacji politycznej w PL i UE
2. Przyśpieszenie aneksji Białorusi i rozmieszczenie dodatkowych wojsk na granicy NATO (poza obwodem kaliningradzkim zaraz będziemy mieć „rosyjskie siły pokojowe” koło Grodna)
3. Wymuszenie na UE zgody na uruchomienie NS2.
Oczywiście realizacja pkt. 3 nie byłaby w pełni możliwa bez wcześnejszego szantażu gazowego, ale trudno go nie wiązać z tą całą operacją. Ale dziś można powiedzieć, że do końca roku osiągnie wszystkie 3.
To wszystko ma jeszcze jedną konsekwencję. Gdybyśmy wpuścili tych ludzi, Putin wysyłałby ich tak dużo, aż w końcu musielibyśmy się zamknąć. Wtedy scenariusz, który obserwujemy dziś na granicy, opóźniłby się o kilka tygodni. Oczywiście może wtedy byłaby większa presja UE na Kreml, bo na razie jest niska, ale z drugiej strony Putin ma w ręku straszak gazowy, który sprawia, że nikt w Berlinie ani Brukseli na poważnie nie jęknie.
To zaś jest ewidentnym dowodem, że NS2 już skutkuje istotnym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa. Nie chodzi o to, że Rosjanie wjadą do Polski. Ale stacjonowanie na polsko-białoruskiej granicy trwale wprowadza kraj w stan napięcia/zamrożonego konfliktu. Funkcjonowanie w naszym położeniu w takim stanie jest bardzo kosztowne – i politycznie, i gospodarczo, i społecznie.
Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.
Hm… przegrywamy konflikt? Austriackie gadanie, bo przecież nie trzeba być wybitnym analitykiem, żeby nie wnioskować, iż cała ta wojna hybrydowa, jest gwiazdką z nieba, która spadła dosyć nieoczekiwanie, a może oczekiwanie, jako następstwo wspierania białoruskiej opozycji — prezesowi K. Dotąd formułowano przeciwko niemu zarzut, iż podzielił naród, skłócił, skonfliktował rodziny, a tak… pstryk — w obronie przed imigrantami — wszyscy się z nim jednoczą i to jest bezcenna z tego konfliktu dla PiSu — wartość dodana.