Miniatura egzystencjalna.

Gdy byłem zmuszony uczęszczać do tego piekła zwanego SP-5 w Cieszynie, na długiej (obiadowej) przerwie chodziliśmy do spożywczaka na rogu Górnej i Poniatowskiego. To był taki nasz czilałt. Kupowaliśmy wtedy tę obrzydliwie chemiczną ale kolorową oranżadę w woreczkach, wbijaliśmy w nią tandetne słomki i żłopaliśmy. Ekspedientką gardziliśmy, bo nas nie lubiła. Gdy siadaliśmy przed sklepem opierając się o murek, mieliśmy wrażenie, że Słońce opiera się o nas. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi.

Droga do szkoły.

Do SP-5 uczęszczałem całe trzy lata. O trzy lata za dużo. Budynek szkoły był pozostałością po austriackich koszarach. Pachniał potem zmęczonych żołnierzy. A schody na pierwsze piętro były wydeptane w określonych miejscach. Przez to miejsce przewaliło się pierdylion żołnierzy skoro w 1910- roku wojskowi stanowili prawie ¼ populacji miasta.

Nigdy nie czułem się tam dobrze. Obecnie młodzież posługuje się terminem „strefa komfortu”. Pragnę niniejszym wpisem jej uświadomić, że za moich czasów były wyłącznie stopniowalne do obozu koncentracyjnego „strefy dyskomfortu”. Bicie linijką po palcach w obecności reszty klasy było jedynie igraszką.

Moja wychowawczyni powiedziała kiedyś publicznie, że ja niczego w życiu nie osiągnę. Po troszę miała rację, bo rodzinnie to się nie bardzo rozwinąłem. Z drugiej jednak strony Bronek zwany Bronkozaurem nadał mi tytuł profesorski.

Gdy byłem bodaj w trzeciej klasie moja wychowawczyni złożyła wniosek o przeniesienie mnie do szkoły specjalnej. Do czubków znaczy. Uzasadnieniem wniosku było to, że na przerwach między zajęciami z nikim nie rozmawiam, i wodzę palcem po ścianie wymalowanej do dwóch metrów żółtą farbą olejną. I to był czas, w którym co najmniej 1/3 kadry nauczycielskiej kwalifikowała się do leczenia psychiatrycznego. Na czele z panem od pracy-techniki, który w stanie ostrego wzmożenia alkoholowego demonstrował nam, jaki to zwykły młotek może być niebezpieczny. Zwyczajnie rzucal nim po sali i nie sposób było zaprzeczyć jego tezie.

Nauczyciele mnie nie lubili, ale też na ich lubieniu mi nie zależało. Chciałem tylko jak najszybciej opuścić to miejsce, co ostatecznie dokonało się w okolicach klasy szóstej gdy przeniesiono mnie do Dzięgielowa, na wieś pod Cieszynem. Tam też znalazłem nowych oprawców i od tej pory uważam, że niemała część kadry dydaktycznej to urodzeni sadyści.

Moja droga do szkoły była niezwykle kręta. Do tej pory nienawidzę tej instytucji, która niczego mi nie dała, za to wiele zabrała. Osobiście uważam, że należy gruntownie przemyśleć system edukacji. Finowie znaleźli klucz do efektywnej edukacji, ale my mamy szansę być lepszymi. Tylko trzeba chcieć.