Pojawił się pomysł tak pięknie absurdalny, że aż pachnie zdrowym rozsądkiem. Skoro Unia oferuje miliardy na bezpieczeństwo, Polska mogłaby kupić 123 tysiące taczek i przeznaczyć je do realizacji największego projektu logistycznego od czasów budowy autostrad: wywiezienia całej klasy administracyjno-politycznej do Brukseli.
Nie dlatego, żeby komuś zrobić krzywdę. Skądże.
Po prostu skoro większość decyzji i tak kończy swoją podróż w europejskich korytarzach, to może warto skrócić łańcuch dostaw.
Minister w taczkę. Wiceminister w taczkę. Doradca ministra do spraw konsultacji konsultacji społecznych – do większej taczki. Rzecznik rzecznika rzecznika – do przyczepki.
To byłaby pierwsza operacja wojskowo-cywilna, w której sprzęt transportowy kosztowałby mniej niż przewożony personel.
Polska odetchnęłaby już po pierwszym tygodniu.
Liczba konferencji prasowych spadłaby o 90 procent.
Liczba strategii rozwoju strategii rozwoju spadłaby o 100 procent.
Produkcja papieru załamałaby się, ponieważ nagle nikt nie potrzebowałby 600-stronicowych dokumentów wyjaśniających, dlaczego nie udało się zrealizować poprzedniego dokumentu wyjaśniającego.
Największym szokiem byłoby jednak odkrycie, że państwo może funkcjonować bez codziennych występów ludzi, którzy z powagą oznajmiają, że rozwiązaniem problemów stworzonych przez polityków jest powołanie nowych polityków.
Bruksela początkowo przyjęłaby transport z entuzjazmem.
„To dowód europejskiej solidarności” – ogłosiliby urzędnicy.
Entuzjazm skończyłby się około trzeciego dnia, kiedy liczba ekspertów od wszystkiego przekroczyłaby liczbę ludzi zajmujących się czymkolwiek.
W restauracjach zabrakłoby miejsc, bo każdy stolik byłby zajęty przez panel dyskusyjny.
Windy zatrzymywałyby się między piętrami pod ciężarem raportów.
Powstałby Europejski Urząd ds. Koordynacji Urzędów Koordynujących Inne Urzędy.
A potem jego departament nadzoru.
I departament nadzoru nad departamentem nadzoru.
Tymczasem w Polsce obywatel wszedłby do urzędu, załatwił sprawę w pięć minut i wyszedł z budynku tak zszokowany, że zadzwoniłby do rodziny sprawdzić, czy nie dostał udaru.
Oczywiście projekt miałby przeciwników.
Jedni twierdziliby, że 123 tysiące taczek to marnowanie pieniędzy.
Inni wskazywaliby, że liczba została zaniżona i nie obejmuje wszystkich specjalistów od zarządzania specjalistami.
Jeszcze inni domagają się przetargu na taczki elektryczne, ekologiczne i inkluzywne, wyposażone w system sztucznej inteligencji rozpoznający urzędnika po zapachu świeżo wydrukowanego regulaminu.
Najbardziej oburzeni byliby jednak sami politycy.
Nie dlatego, że mieliby zostać wywiezieni.
Dlatego, że nikt nie przewidział dla nich limuzyn.
Bo współczesna polityka przypomina teatr, w którym aktorzy od dawna zapomnieli sztuki, ale nieustannie domagają się większej sceny, mocniejszych reflektorów i wyższych gaży.
A podatnik?
Podatnik od lat siedzi na widowni i coraz częściej dochodzi do wniosku, że za cenę jednego sezonu tego spektaklu można by kupić naprawdę dużo taczek.
Zostaw komentarz