Kilka kolejnych przemyśleń i refleksji dotyczące istoty sporu między Polską a Ukrainą, które narastają we mnie w nawiązaniu do poprzedniego wpisu.

Oczywiście nie, nie chodzi o Wołyń, choć obie strony z premedytacją grają znaczonymi kartami.
Precyzyjniej : nie tylko o Wołyń, choć Wołyń jest narzędziem w tym sporze. Polska i Ukraina są jednocześnie sojusznikami wobec Rosji, partnerami gospodarczymi i konkurentami. Dodatkowo łączy i dzieli je historia: Rzeczpospolita Obojga, a potem Troja Narodów, to polityczne dzieło tak Polaków jak i Rusinów. Wiele konfliktów toczących się na Kresach miał charakter bardziej klasowy niż narodowościowy, a w armiach walczących z buntem Chmielnickiego służyło więcej Rusinów – dziś powiedzielibyśmy Ukraińców – niż Polaków „Koroniarzy”. Wzajemnie sprzeczne, niemal wykluczające się narracje historyczne sięgają więc daleko w przeszłość.

Wołyń w tym kontekście jest więc przede wszystkim instrumentem i probierzem szerszej gry o granice wzajemnych ustępstw, podmiotowość i przyszłą hierarchię regionalną. To gra statusowa: stawką jest powojenna pozycja. Pomimo wysokiej temperatury sporu i emocjonalnej argumentacji, sedno jest pragmatyczne. Dlatego też ustępowanie jest bardzo ryzykownym krokiem, i z czysto analitycznej strony, dla Polski nieopłacalnym.

Na wstępie warto dokonać ponownie oceny faktów.
Powszechne wśród znacznej części polskiego społeczeństwa ubóstwienie Zełeńskiego i Ukrainy, pomijając to że ma charakter histeryczny, niemal borderline, zasadza się na wielkim nieobecnym w dyskusji: strachu.

My, Polacy, po prostu boimy się wojny. Boimy się utracić, co z takim trudem zdobyliśmy. Boimy się odpowiedzialności. Dlatego wszystkie nasze nadzieje włożyliśmy w zmitologizowaną figurę Zełeńskiego, który niczym Święty Mikołaj ma przynieść nam prezenty i spełnić wszystkie marzenia.
Czy muszę tłumaczyć, jak bardzo odrealniony jest to obraz?

To czyni grę statusową bardzo trudną. Podniesienie ręki na świętego i zrujnowanie jedynie słusznej w obrębie tej mitologii wizji przyszłości jest bluźnierstwem. Bywa odczytywane jako osobisty, egzystencjalny atak. W konsekwencji, w założeniach do negocjacji jest zakodowany defetyzm. Jak w tej sytuacji wyznaczyć i utrzymać stanowisko negocjacyjne, skoro krytyka stała się tabu?

Składają się na to dwie patologie naszego życia politycznego.

Pierwsza, z braku lepszych wyjaśnień, ma chyba charakter narodowej przypadłości . My, Polacy, w swoim nieokiełznanym indywidualizmie tak zaciekle nienawidzimy się nawzajem, że zamiast dogadać w gronie krajan, nagminnie próbujemy rozwiązać spory odwołując się do zewnętrznego autorytetu. To tradycja sięgająca wyboru na tron Jagiełły , który wydał się lepszym kandydatem niż jakikolwiek rodzimy pretendent, późniejszego systemu elekcyjnego, a na koniec sarmackiej anarchii i Targowicy. Pomimo tylu bolesnych doświadczeń, nadal odwołujemy się do tych samych narzędzi, delegując odpowiedzialność i decyzje w zakresie własnego losu poza granice naszego skądinąd pięknego kraju, w ręce grup i osób posiadających zupełnie inną agendę i nie zasługujących na pokładane w nich nadzieje.

Druga jest związana z degeneracją pewnego sposobu myślenia. Za gros naszych wyborów politycznych i życiowych odpowiada preferencja reakcji limbicznych, tj. napięcie między otwartością, a reakcją ucieczka/atak. Z jednej strony mamy zachowania wyrażające się zasadniczo z otwartością, niskim poczuciem zagrożenia i beztroską. Uosabia je światopogląd, który postuluje rozszczelnianie granic i luzowanie zasad, ponieważ nie widzi potrzeby ich stawiania: przyjmuje z założenia optymistyczną wizję rozwoju wydarzeń; w skrajnych wypadkach nawet gdy nie ma ku temu podstaw.
Z drugiej występuje obawa, zachowawczość i konstruowanie punktów kontrolnych. Razem pełnią rolę regulatorów procesu decyzyjnego – punktów zwrotnych zmiany paradygmatu.
Przekonanie o braku granic dzisiaj często bywa aplikowane do granic stosowania twierdzenia o braku granic. Otrzymujemy rekurencję, w wyniku której z umiarkowanego przekonania, że zaufanie jest podstawą kooperacji, dochodzimy do negacji sensu istnienia jakichkolwiek granic i całkowitego ignorowania wybranych kategorii zagrożeń.

W tym kontekście było niemal oczywiste, że polskie środowiska liberalno-lewicowe, podatne na ten typ myślenia, staną murem za Zełeńskim. Istnieje ku temu nie jedna, a cały szereg przesłanek: kontrarianizm względem pisowskiego prezydenta, chęć odwołania swoich fantazji do zewnętrznego podmiotu, lękowe ubóstwienie figury zbawcy, niemożność uznania jakiejkolwiek granicy w negocjacjach.
To nieustanna racjonalizacja – slippery slope, po którym osuwamy się w przepaść aż do brutalnej weryfikacji fantazji z rzeczywistością.

Lekarstwem na to może być empiryzm i znalezienie stałego punktu odniesienia. Dlatego na każdym kolejnym kroku wzajemnych negocjacji warto dokonywać rewaloryzacji bieżącej pozycji, oceniając jak daleko znaleźliśmy się od pierwotnych założeń – nawet jeśli nigdy nie zostały głośno wypowiedziane.

Tymczasem polityka Zełeńskiego jest przemyślana.
Ukraiński prezydent nie tylko próbuje rozegrać przyszły status Ukrainy, to dodatkowo chce wzmocnić swoją pozycję polityczną na Ukrainie, stając się zakładnikiem i męczennikiem „ukraińskiej sprawy UPA/OUN” (w którą nawet nie musi wierzyć osobiście).
Całość jego działań opiera się o trafne rozpoznanie sporu jako zakładu losowego względem kilku kluczowych założeń.

Rząd ukraiński zdaje się trafnie dostrzegać, że polskim zakładem względem przyszłości i najsilniejszym motywatorem jest lęk przed Rosją (że nas zaatakuje), lęk przed słabością (że nie poradzimy sobie w konfrontacji), oraz zakład, że pomoc udzielona Ukrainie jest konieczna (bez niej upadnie).
Ukraińskim zakładem losowym jest z kolei własna samoocena, oraz przekonanie że Polska tak się boi, że zrobi wszystko.

Żadne z powyższych nie jest pewnikiem.
Czy to oznacza, że każdy wybór spośród 32 możliwych wyników jest równowartościowy, a my błąkamy się niczym owce we mgle?

I tak, i nie. Nie, ponieważ ostatecznie przyszłość jest niewiadomą.
Tak, gdyż jednak można ocenić stopień ryzyka poprzez zestawienie ze sobą skutków bardziej i mniej prawdopodobnych. Taki wybór to klasyczna bayesowska decyzja w warunkach niepewności, podejmowana na podstawie rozkładu wykluczających się scenariuszy.
Ponadto każdy z zakładów można próbować sfalsyfikować empirycznie, ostrożnie próbkując.
Zanim do tego przejdziemy, powinniśmy się zastanowić, jak.

Gdy porównujemy zakłady stron politycznej rozgrywki, pojawia się pytanie nie tylko o pewność, co o profil ryzyka. Jeden wariant (Ukraina pada, Rosja na Bugu) jest poważniejszy w skutkach i mniej odwracalny niż wariant przeciwny (subsydiowany niewdzięcznik, zmarnowane zasoby). Awersja do poważnego, nieodwracalnego ryzyka (tzw. gruboogonowego) to standardowy powód, by płacić składkę ubezpieczeniową nawet bez konieczności. To nie jest konieczność, ale wycena ryzyka – i w takim racjonalnym założeniu zamykała się dotychczasowa polska postawa wobec Ukrainy.

Sytuacja jednak się dynamicznie zmienia, i ryzyko totalnej ukraińskiej porażki można oceniać inaczej niż w 2022r. Pomijając postępy w technice dronowej i udanej projekcji militarnej na strategiczne cele w głębi Rosji, warto zauważyć, że państwo na krawędzi militarnej porażki nie drażniłoby z premedytacją swojego zaplecza logistycznego, więc fakt, że drażni, to dowód, że nie czuje się na krawędzi.

Polska ma więc poważne przesłanki, żeby dokonać reewaluacji. Jeśli sytuacja Ukrainy jest na tyle dobra, że jest w stanie osiągnąć cele kluczowe dla polskiej racji stanu bez dalszego udziału polskich zasobów, które ryzykuje, to dalsze ich udzielanie jest niepotrzebne i staje się zbędnym wydatkiem. Wydatkiem, który w przypadku gry statusowej i konkurencji pomiędzy Polską a Ukrainą o pozycję w regionie, będzie działał na naszą niekorzyść. Żeby dojechać samochodem do mety, nie trzeba przyspieszać do końca. Można zdjąć nogę z gazu prędzej.

To wyrachowane podejście, które jest symetryczne wobec ukraińskiego wyrachowania, ma niestety dwie wady. Przede wszystkim, ukraińska asertywność może być napędzana wewnętrznie skrajnym partykularyzmem ekipy Zełeńskiego, jest tylko zakładem o polską nieustępliwość, lub może zawierać błędną oceną własnej siły. Blef czy błąd – oba mogą mieć negatywne następstwa.
Druga – próbkowanie zostanie odebrane jako odwet i doprowadzi do dalszej eskalacji.
Te wady są nieusuwalne. Możne jedynie je miarkować.

Diagnoza zakładu ukraińskiego: „Polska tak się boi, że zrobi wszystko” wskazuje polską dźwignię nacisku: zanegowanie tezy zakładu. Zamiast ustępstw, bardziej opłacalne jest uwiarygodnienie warunkowości. W interesie Polski jest sprawić, by ten konkretny zakład Ukrainy przegrał, przez jego przetestowanie.

Żeby to osiągnąć, należy pokazać, że wsparcie nie jest bezwarunkowe ani nieodwołalne. Skuteczna jest wiarygodna groźba, ale niekoniecznie egzekucja pełnego wycofania – które może prowadzić do spełnienia tragicznego w skutkach ryzyka gruboogonowego. Najlepiej byłoby redukować zaangażowanie na marginesie i stopniowo, demonstrując gotowość na tyle, by zdyscyplinować ukraiński zakład o polskim strachu, lecz nie na tyle, by zniweczyć ukraiński wysiłek wojskowy. Co istotne, zaangażowanie można zwiększyć, gdyby bieg wypadków wskazywał na taką konieczność. Takie rozwiązanie pozwala więc na dynamiczne zarządzanie ryzykiem.

To ruch o znacznej wartości informacyjnej i charakterze opcji realnej: tani, odwracalny, poprawiający pozycję niezależnie od reakcji drugiej strony.

Jeśli Ukraina ugnie się, Polska uzyskuje lepszą równowagę w relacjach dwustronnych oraz przegrany zakład „Polska się boi”. Jeśli nie ugnie się, w praktyce weryfikujemy typ partnera z którym mamy do czynienia: jego intencje wobec nas oraz wiarygodność jako sojusznika. Oszczędzamy przy tym cenne strategiczne zasoby, zachowując otwartą drogę do eskalacji lub deeskalacji w kolejnej rundzie. To odpowiednik „sprawdzam” w pokerze – żądanie ujawnienia ukrytych informacji, co wydaje się tu właściwym chwytem, pomimo kosztu sygnalizacji. Co istotne: warunkowość musi być realna, żeby groźba była wiarygodna. Możne oznaczać porażkę, ale jeśli ta porażka i tak byłaby realną przyszłą konsekwencją, której świadomości tyle tylko że nie mieliśmy, to kontrolowany upadek daje więcej szans na przeżycie, niż ślepe podążanie za fantazjami. Trzeba się pogodzić z istnieniem ryzyka.

To pierwsza tak wyraźna rozgrywka o powojenny status pomiędzy sojusznikami – i zarazem pierwszy sprawdzian, czy potrafimy ją prowadzić na chłodno, zamiast z lęku. Nie możemy obawiać się powiedzieć tego, co chcemy, żeby nie obrazić drugiej strony – a przez to tkwić w rozdarciu. Lęk podpowiada dwa skrajne ruchy: bezwarunkową wierność albo zrywające wszystko zerwanie. Jeden oddaje inicjatywę drugiej stronie, drugi zwycięstwo trzeciej.
Proponowana przeze mnie warunkowość ma aspirację nie być żadnym z nich. W założeniu, jest trzecią drogą: sygnałem, że wsparcie ma cenę i kierunek, a nie jest rentą bez końca. Mówimy „sprawdzam” i czytamy karty, zachowując prawo do podbicia i do spasowania w następnym rozdaniu.

Jak wcześniej zaznaczyłem, ma też swoje ryzyka – to stąpanie po kruchym lodzie. Łatwo wpaść w klincz, w którym nasze powodzenie zawiśnie na pojedynczym, zero-jedynkowym wyborze. Ukraina, czując, że wsparcie topnieje, może zareagować nie uległością, ale jeszcze większym radykalizmem. To jednak nie przekreśla tej strategii, ale wymaga zniuansowania na poziomie technicznym. Nota bene, jak pokazały rozmowy Zełeńskiego z Trumpem, Ukrainie można postawić żądania wprost – i wcale nie odbiega od negocjacyjnego stolika. Niemniej z ostrożności, redukcja lub uwarunkowanie wsparcia powinno następować powoli i małymi krokami, żeby na żadnym etapie nie dać pretekstu do odwetu. Nie mamy statusu supermocarstwa.

Moim zdaniem dobrym rozwiązaniem byłaby też zmiana sposobu wsparcia, do mniej angażującego i mniej wiążącego, np. wsparcie technologiczne zamiast ciężkiego sprzętu, który wymaga serwisu. Rozsądniej byłoby też postawić na warunkowość ex ante (jasne procedury kontroli zboża i wydatkowania środków, komisje historyczne z udziałem partnerów trzecich, np. z Litwy, USA lub Izraela) kosztem głośnej retoryki, czy szantażu logistycznego ex post.
Polska nieustępliwość w zakresie przepisów antykorupcyjnych to zresztą przysługa dla ukraińskiego społeczeństwa.

Przyszłość pozostaje zakładem; nie rozstrzygniemy jej z góry i nie po to ją analizujemy. Analizujemy ją po to, by przestać grać kartami, które ktoś wpycha nam do ręki, i zacząć grać własnymi. Jestem przekonany, że pomimo napięć i różnic w interesach, Polskę i Ukrainę może łączyć wspólna, dobra przyszłość. Nie osiągniemy tego jednak ignorując problemy. Nierównowaga stron, brak szacunku, i narastająca pogarda działają na naszą niekorzyść. Możliwy jest sukces obu stron – to nie musi być gra o sumie zerowej. Ale w tym celu musimy ratować własną podmiotowość, bo przyszłość wartościowa to tylko taka, w której znajdujemy się we wspólnym, zwycięskim obozie.

Fot.: Wołodymyr Zełenski i Karol Nawrocki. Źródło: KPRP/Mikołaj Bujak