Spór o ordery, a w istocie o całokształt relacji polsko-ukraińskich jest nadzwyczaj głęboki. Po reakcjach na Ukrainie sądzę, że to było jak nie potrzebne, to konieczne.

Główna wątpliwość jaka mnie przy tym trapi to czy nie lepiej było zamiast w obszar symboliczny uderzyć w realne ukraińskie interesy, co z jednej strony wywołałoby mniejszą reakcję społeczeństwa (zgodnie z zasadą czego oczy nie widzą tego sercu nie żal), a z drugiej strony stanowiłyby pragmatyczny powód do ustępstw dla ukraińskich decydentów.

W tym sensie – wybranie tej konkretnie formy mogło być błędem. Rozbudziło emocje i zaangażowało miliony ludzi. W obecnej sytuacji różni aktorzy mogą partykularnie zyskiwać na rozgrywaniu tego konfliktu i zajmowaniu wyrazistych stanowisk, co przesuwa ciężar sporu w stronę performatywu. Krótkoterminowo niewiele ich to kosztuje, a zyski są wyraźne i natychmiastowe, niezależnie od przyszłych konsekwencji. Tak na Ukrainie, jak w Polsce. Dla przykładu, sprzeczne z polską racją stanu poparcie oficjalnego stanowiska Ukrainy staje się dla KO okazją do oskarżenia PiSu o putinizm i odwrócenia uwagi od absolutnie skandalicznej sprawy młodego rzutkiego lekarza radnego. Racjonalnie jest przy tym zakładać, że moskiewska fabryka trolli również stara się podgrzać atmosferę.

Nadal jednak zostaje kwestia relacji, ważnych z uwagi na wspólne interesy. Relacje nie mogą być jednostronne. Nierozwiązywane napięcia kumulują sie, aż dochodzi do gwałtownego przejścia fazowego. Wypieranie własnego „ja” i odczuć w zakresie pamięci historycznej, by pod naciskiem kalkulacji iść na nieskończone ustępstwa, kończy się w efekcie utratą pozycji negocjacyjnej i szacunku oraz urazem, który przeradza się w resentyment. Prędzej czy później tłumione uczucia wyjdą na wierzch w całej swojej okazałości – co zresztą właśnie obserwujemy. Finalnie supresja okazuje się sprzeczna z pierwotnym interesem, który był uzasadnieniem ustępstw. Staje się tym samym autoperformatywnie sprzeczna, samoznosząca. Szaleństwem jest oczekiwać odmiennych rezultatów, popełniając w koło te same błędy.

Dlatego dojrzała, stabilna relacja wymaga stawiania granic. Dopiero uzgodnienie granicy własnej autonomii staje się mocnym fundamentem współpracy i rozwoju tej relacji. Drobnymi krokami osiąga się przewidywalność i zaufanie. Przymus i życzeniowe myślenie temu nie służą. Polski spór w tym zakresie jest lokalną wersją uniwersalnego, niemal fizjologicznego problemu: gdzie należy ustanowić punkt zwrotny.
Prawdziwy dramat polega w konsekwencji na tym, że żyjąc z różowymi okularami na nosie, mijamy te krytyczne punkty, doświadczając niszczących skutków. Tak w przypadku bieżącego stanu UE, jak i ewentualnej akcesji Ukrainy do UE, ma jednak znaczenie jakie poglądy ma przyjmowany pod dach, brany za swojego.

Statystki wskazują, że Unia upada gospodarczo, a także politycznie i społecznie. Mario Draghi ostrzega, że jeśli Unia Europejska natychmiast nie zmieni kursu i nie podejmie masowych inwestycji, czeka ją powolna agonia, deindustrializacja i utrata znaczenia na arenie międzynarodowej. Ostrożnie diagnozując politykę wewnętrzną i rosnące napięcia w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Holandii i Szwecji, należy zauważyć, że Europie grozi osunięcie w islamolewicową dyktaturę, tłumiącą wolność słowa i wprowadzającą dwuwartościowy system prawny, ponieważ tolerowała przez lata i szeroko otworzyła granice wobec ludzi nienawidzących wolności, równości, odpowiedzialności i sprawiedliwości, co koreluje z rosnącymi kosztami polityk socjalnych i problemami gospodarczymi.
Dzisiaj do drzwi pukają Ukraińcy. W kontekście gloryfikacji UPA – formacji która dopuściłą się ludobójstwa na Wołyniu – przez Zełeńskiego, jak też histerycznych reakcji na Polski sprzeciw wobec takiej moralno-historycznej dezynwoltury, można się obawiać, że wielu spośród nich tych zasad również nie szanuje.

To po co ich w takim razie wpuszczać? Żeby pogłębiać problemy, które już teraz są aż tak dotkliwe?

To pytanie które musi wybrzmieć. Bardzo chcielibyśmy powitać Ukrainę w europejskiej rodzinie – tak do niedawna deklarowała miażdżąca większość Polaków. To może wzmocnić tak nas, jak i Ukrainę. Dlatego próbujemy utrzymać różowe okulary na nosie za wszelką cenę. Jednakże taki wybór oznacza – jak już widzimy – tragedię. Być może polski sprzeciw też prowadzi do tragedii, niemniej z dwóch tragedii do wyboru lepsza jest ta, która opowiada się po stronie sprawiedliwości, bo daje możliwość trwania i odrodzenia.

Skąd tak kategoryczne twierdzenie? To proste : zasady są albo budujące, albo niszczące. Warto wybierać budujące.

Doskonałym tego przykładem jest historia narodu żydowskiego. Żydzi przetrwali kilka tysięcy lat dzięki wierze w zasady. Politycznie upadali, ale wstawali niczym Feniks z popiołów po wielokroć, rozpalani bezkompromisową pryncypialnością względem istoty swojej doktryny, która łączyła stabilność rdzenia z adaptacją do warunków.
Okoliczności często kuszą, żeby sięgnąć po pozornie słodkie, lecz trujące owoce. Historia jednak podpowiada, że wstrzemięźliwość opłaca się bardziej. Przed wyborem prostej ścieżki przestrzega ludzka pamięć symboliczna: od Biblii po ludowe podania i baśnie.
Co paradoksalne, tego rodzaju refleksja bardzo pomogłaby samym Ukraińcom – pozwoliłaby im zbudować lepszą wersję własnego państwa. Uwolnić się od zamordyzmu, korupcji, oligarchii, budując lepsze mechanizmy wewnętrznego wzrostu i korekty. To wymaga odwagi i personalizmu w duchu zachodniej kultury, nie mentalności człowieka sowieckiego. Nie da się jednak uciec od Sowietów, hodując Sowieta w sobie. Tymczasem Ukraińcy próbują uprawiać realpolitik na wzór moskiewski, grzęznąc w przeszłości.
Serio, Kijowa nie nie stać na nic więcej, jak kopiowanie Kremla?
Tego rodzaju błędny system wartości zemści się i upomni o swoje, niezależnie od polskiej roli w tym procesie.

Z polskiej perspektywy, tak długo i tak dalece ustępowaliśmy, że wyhodowaliśmy roszczeniowego potworka, który na każdy opór będzie w tej sytuacji reagował niezrozumieniem i oburzeniem. Tymczasem my już nie możemy dalej ustępować i dalej hodować tego potworka. Postawieniem tamy było z tej perspektywy nie tylko konieczne, a nawet mocno spóźnione.

To gra o dynamicznym charakterze. Każda kolejna akcja, oświadczenie, gest – zmienia jej warunki. Kluczowe więc teraz staje się przemyślenie, jak nie dolewać oliwy do ognia i nie oddawać z nawiązką tam, gdzie nie trzeba. Mamy do czynienia bowiem z wymianą wet za wet. Ewolucyjnie co do zasady najskuteczniejszą, choć nie pozbawioną wad. Praktyka podpowiada, że może doprowadzić do spirali wrogości – stąd warto uwzględnić tak szczegółowy bilans roszczeń, jak też strategie deeskalacyjne, na każdym kolejnym etapie wymiany. W tym kontekście, warto zrozumieć zasady gry, odciąć się od emocji i chęci odwetu, a skupić na obiektywnych uwarunkowaniach sporu. Od strony symbolicznej i społecznej mitosfery to szalenie złożone, jednakże dla uproszczenia sprawy pominę ten wątek, zasługujący na oddzielny artykuł. Od strony strukturalnej, mamy natomiast do czynienia z dylematem rodem z teorii gier, tzw. iterowaną grą w tchórza (ang. chicken), choć o lekko zmodyfikowanych uwarunkowaniach.

W klasycznym wariancie, jeśli obie strony ustąpią, wygrywają. Jeśli jedna ustąpi, przegrywa, a druga wygrywa znacząco. Jeśli obie nie ustąpią, obie przegrywają znacząco.
W naszych realiach, macierz wypłat może być asymetryczna: Polska ustępując, przypuszczalnie poniesie mniejsze straty, niż nie ustępując. Gwoli ścisłości, to jednak zakład losowy – straty mogą być wyższe niż zakładamy. Poza tym ostateczne relacje stron są negocjowalne i sygnalizowane.

Warto uzmysłowić sobie znaczenie macierzy wyników dla każdej ze stron z osobna. Z punktu widzenia Polski, jest drugorzędne, czy przegra ustępując wobec nieustępliwości Ukrainy, czy przegra nieustępując. Najkorzystniejszy wariant to ustępstwo przy zgodliwości drugiej strony. I to trzeba sygnalizować.
Choć w myśl klasycznych obliczeń tego rodzaju gra nie ma dominującej strategii wygrywającej, w naszym przypadku nie możemy zaakceptować ryzyka, że nasze straty w przypadku ukraińskiego sukcesu będą jednak wyższe, jak też zignorować ogólnohistorycznej i ewolucyjnej wagi zasad jako społecznej heurystyki optymalizacyjnej.
Niezależnie od wspólnoty interesów, Ukraina pozostaje dla Polski konkurentem. Sama wybiera jak bardzo konfrontacyjnym.

Za polską reakcją nie stoi poczucie wyższości, paternalizm, rewanżyzm, tylko zwykły, prymalny, egzystencjalny interes, którego nie można odpuścić, a którego niestety nasi politycy nie potrafią wyartykułować.

Doceniam, że polskie władze tak czy inaczej wykazały się póki co sporą racjonalnością, działając bardzo ostrożnie i w warstwie rzeczowej nie eskalując sporu. Jeśli to nie spotka się z odpowiednią reakcją drugiej strony, uzasadnione będzie jednak zaostrzanie stanowiska, zwłaszcza że nastroje publiczne już dzisiaj bardzo negatywnie oceniają bilans stosunków wzajemnych. Pomijanie tego doprowadzi tylko do pogłębienia antyukraińskich sentymentów i dalszej radykalizacji polskiej sceny politycznej.

Fot.: Gov.pl