O mocarstwach, które choć wygrały, nie zwyciężyły

Siedząc tradycyjnie już wieczorem na ławce w ogrodzie i patrząc na coraz bardziej ukwieconą, czerwcową łąkę, można dojść do bardzo różnych wniosków. Jedni rozmyślają wtedy o kapryśnej pogodzie, inni o rosnących cenach nawozów, jeszcze inni z niepokojem sprawdzają na niebie, czy w nocy będzie padać. Czasem jednak człowiekowi, zupełnie nieproszone, przychodzą do głowy sprawy znacznie większe od jego własnego ogrodu i własnej miedzy.

Tak się składa, że od kilku lat świat z przerażeniem ogląda wojny, których – według zapewnień mądrych ekspertów – miało już nigdy nie być. Na ekranach telewizorów prężą się wielkie państwa, maszerują wielkie armie, pęcznieją wielkie budżety militarne i padają patetyczne, wielkie słowa. Patrzymy na to od trzech lat za naszą wschodnią granicą, patrzymy na to na Bliskim Wschodzie. A wraz z nimi na stół wjeżdżają wielkie, krwawe rachunki.

Patrząc na to całe globalne widowisko, w pamięci coraz uporczywiej powraca stare, zakurzone pojęcie znane z lekcji historii – pyrrusowe zwycięstwo. W szkole uczono nas, że grecki król Pyrrus wygrał bitwę z Rzymianami pod Asculum, ale stracił przy tym tylu najlepszych żołnierzy, że patrząc na pobojowisko, miał powiedzieć: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a będę zgubiony”. Minęły ponad dwa tysiące lat, imperia obracały się w pył, a to jedno zdanie nie zestarzało się ani o jotę.

Przez długi czas wydawało się, że świat znalazł cyfrowy sposób na wojnę. Drony miały zastąpić piechotę, satelity – okopy. Chirurgiczna precyzja miała odesłać w niepamięć długie, wyczerpujące wojny pozycyjne. Mocarstwom wydawało się, że wystarczy mieć w magazynach więcej rakiet i lepsze systemy dowodzenia. Rzeczywistość po raz kolejny okazała się jednak znacznie bardziej uparta od podręcznikowej teorii. Bo brutalna siła militarna działa najlepiej… dopóki nie trzeba jej używać.

Można przez całe dekady pieczołowicie budować straszliwą opinię światowego mocarstwa. Można organizować zapierające dech w piersiach parady i publikować coraz śmielsze deklaracje. Dopóki zastraszony przeciwnik potulnie ustępuje i oddaje miedzę, wszystko wygląda niezwykle imponująco.

Prawdziwy problem zaczyna się jednak wtedy, gdy na drodze mocarstwa trafia się ktoś, kto nie ma się już po prostu gdzie cofnąć. Ktoś, kto został przyparty do samego muru. Na sztabowych mapach wszystko wygląda czysto i geometrycznie: strzałki, kliny, kierunki natarcia. Dopóki rzeczywistość nie rozedrze papieru.

Bo na mapie to tylko strzałka i kolorowy klin, ale tam, na końcu tej strzałki, stoi człowiek, który broni ostatniego metra ziemi, bo za nim jest jego dom, jego dzieci i jego imię. Właśnie wtedy okazuje się, że między możliwością zadania przeciwnikowi ogromnych strat a zmuszeniem go do kapitulacji istnieje przepaść większa, niż sądzą ci, którzy kreślą strzałki na mapach.

Człowiek, naród czy państwo, które walczy wyłącznie o swoją wygodę czy status quo, niemal zawsze w końcu ugnie się i zacznie szukać zgniłego kompromisu. Ale ten, kto zostaje zmuszony do walki o biologiczne przetrwanie, zaczyna liczyć rzeczywistość zupełnie inną matematyką. W pewnym momencie koszty dalszego oporu przestają mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie w zderzeniu z kosztami poddania się. Wielcy liczą koszty w miliardach dolarów, mali liczą w grobach – i dlatego ich rachunek bywa ostatecznie znacznie bardziej bezwzględny.

Może największą słabością mocarstw nie jest to, że są zbyt brutalne, ale to, że wierzą, iż brutalność wystarczy. Już marszałek Józef Piłsudski mawiał, że „być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, wygrać i spocząć na laurach to klęska”. Ta maksyma idealnie punktuje ślepotę silniejszych.

Wojna od zarania dziejów zawsze była, jest i pozostanie absolutną ostatecznością. I to wcale nie tylko dlatego, że jest moralnie zła i niesie ocean nieszczęść. Przede wszystkim dlatego, że po jej rozpoczęciu nikt na świecie nie jest w stanie przewidzieć, kto na samym końcu zapłaci za nią najwyższą cenę. Dzieje ludzkości pękają w szwach od opowieści o triumfatorach, którzy po latach wyglądali na bardziej sponiewieranych niż ich pokonani przeciwnicy.

Największa siła mocarstwa wcale nie polega na tym, by z hukiem wygrać każdą wojnę. Największa siła polega na tym, by osiągnąć swoje cele bez konieczności jej rozpoczynania. Siłowe zaplecze ma wymuszać ustępstwa samym swoim istnieniem. Jeśli jednak musisz po tę siłę ostatecznie sięgnąć, to znaczy, że twój system odstraszania poniósł klęskę.

Każda, nawet najstraszniejsza groźba jest skuteczna wyłącznie do sekundy, w której ktoś zdesperowany nie ma już innego wyjścia, jak tylko powiedzieć: „Sprawdzam”. Wtedy kurtyna opada, wielkie słowa ustępują miejsca twardej stali, a na stole pojawia się bezlitosny rachunek. I historia uczy, że bywa on ostatecznie znacznie wyższy, niż przewidywali to sobie w gabinetach najpewniejsi ludzie świata.

I wtedy zostaje pytanie: ile jeszcze takich sprawdzeń wytrzyma świat, zanim ktoś w końcu nie będzie miał już czego sprawdzać?

Siedzę na tej ławce i myślę: może największym zwycięstwem jest nie musieć nigdy powiedzieć „Sprawdzam”.

Zbigniew Grzyb

z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄