Kilka refleksji po jubileuszowym konkursie „Małopolska Wieś 2026”
16 września w Krakowie spotkali się przedstawiciele małopolskich wsi, gmin i sołectw, które przez kilka poprzednich miesięcy żyły jubileuszową, dziesiątą już edycją konkursu „Małopolska Wieś 2026”. Byli sołtysi, samorządowcy, mieszkańcy, społecznicy i ludzie, którzy na co dzień robią rzeczy może mało widowiskowe, ale bardzo potrzebne — pilnują swojej małej ojczyzny, organizują, przypominają, sprzątają, odnawiają, dokumentują, czasem się spierają, a czasem po prostu zakasują rękawy i robią swoje. W tegorocznej edycji wystartowało 66 sołectw z 17 powiatów, więc nie była to już zabawa kilku zapaleńców, ale całkiem pokaźny przegląd tego, czym dzisiaj żyje małopolska wieś.
Sama gala miała odpowiednią rangę. Nagrody laureatom wręczali marszałek województwa małopolskiego Łukasz Smółka, wicemarszałek Ryszard Pagacz oraz Iwona Gibas z Zarządu Województwa Małopolskiego. Obecna była również radna województwa Małgorzata Szostak, a wśród przedstawicieli Urzędu Marszałkowskiego znalazły się Monika Gubała, dyrektor Departamentu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, oraz Anna Glixelli, dyrektor Departamentu Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Były oficjalne przemówienia, gratulacje, zdjęcia, uściski dłoni i to wszystko, bez czego żadna porządna gala nie może się obejść. Ale za tą ceremonialną otoczką kryła się jednak sprawa całkiem poważna: pytanie o to, czym właściwie jest dziś dobra, piękna i nowoczesna wieś.
Marszałek Łukasz Smółka mówił do uczestników, że wiejskie społeczności są „perełkami i wizytówkami Małopolski” i podkreślał potencjał mniejszych miejscowości. Iwona Gibas zwracała z kolei uwagę na to, jak ważne jest nie tylko to, jak wieś wygląda, ale również to, co chce przekazać następnym pokoleniom ze swojego dziedzictwa i tradycji. Te dwa zdania brzmią może trochę uroczyście, jak to na gali, ale akurat w tym przypadku trafiają w sedno. Bo jeśli ktoś myśli, że konkurs „Najpiękniejsza Małopolska Wieś” polega na sprawdzaniu, kto ma więcej kwiatków pod remizą i równiej przystrzyżony żywopłot, to regulamin szybko wyprowadza go z błędu.
Bo właściwie co tu nagradzano? Sama nazwa pierwszej kategorii — „Najpiękniejsza Małopolska Wieś” — może trochę mylić. Człowiekowi od razu stają przed oczami ukwiecone obejścia, wykoszone rowy, odnowiona kapliczka i remiza, przed którą nawet kostka brukowa leży jak od linijki. Tyle że komisja miała patrzeć znacznie szerzej. Oceniano estetykę i ład przestrzenny, ale również krajobraz, architekturę, ochronę dziedzictwa kulturowego i — co szczególnie warte podkreślenia — zachowanie rolniczego charakteru wsi.
To ostatnie nie jest wcale drobiazgiem. Bo wieś może być zadbana i nowoczesna, a jednocześnie nadal pozostać wsią. Nie musi dla zdobycia punktów zamieniać się w osiedle domków jednorodzinnych, na którym jedynym śladem dawnego krajobrazu jest nazwa ulicy „Polna”, choć pola nie ma tam już od piętnastu lat. Dziś na tej Polnej jedynym rolnym akcentem bywa kosiarka spalinowa odpalana w sobotę o siódmej rano, żeby sąsiad widział, że dbamy o ład.
Druga kategoria — „Nowatorska Małopolska Wieś” — również pokazuje, że organizatorzy nie rozumieją nowoczesności wyłącznie jako nowego chodnika, lampy LED czy elektronicznej tablicy przed remizą. Liczą się pomysły gospodarcze, społeczne i środowiskowe, nowe sposoby organizowania lokalnego życia, rozwiązania, które coś mieszkańcom ułatwiają albo po prostu sprawiają, że chce im się działać razem.
Jest wreszcie „Małopolska Wieś w Sieci”. I tu znak czasu jest już całkiem wyraźny. Wieś ma dziś nie tylko istnieć, ale również umieć o sobie opowiedzieć. Mieć stronę, profil, przekazywać mieszkańcom aktualne informacje, pokazywać swoje wydarzenia, historię i walory. Kiedyś wiadomość o zebraniu szła przez sklep, sąsiada albo kartkę na słupie. Dzisiaj nadal może iść tą drogą, ale dobrze, żeby równolegle trafiła też do internetu.
Kiedy więc zebrać te trzy kategorie razem, wychodzi z tego dość ciekawy obraz współczesnej wsi. Ma być zadbana, ale nie sztuczna. Nowoczesna, ale nie wyrwana z własnej historii. Aktywna, ale nie tylko od święta. Powinna pamiętać, skąd przyszła, wiedzieć, kim jest dzisiaj, i jeszcze umieć o tym opowiedzieć innym.
I chyba właśnie dlatego ten konkurs jest ciekawszy, niż sugerowałaby sama nazwa. Bo nie pyta jedynie: „która wieś jest najładniejsza?”, tylko raczej: „która najlepiej potrafi połączyć rozwój, pamięć i wspólnotę?”.
I tu właśnie zaczyna się część najbardziej felietonowa, bo przez długie lata wieś rzeczywiście miała „doganiać miasto”. Taki był język rozwoju i taki był trochę społeczny odruch. Miasto oznaczało wygodę, dostęp do usług, lepszą pracę, kulturę, komunikację i nowoczesność. Wieś miała nadrabiać zaległości: asfaltować drogi, budować wodociągi, kanalizację, chodniki, szkoły, hale, oświetlenie, ściągać internet i coraz bardziej przypominać miejsce, z którego kiedyś wielu ludzi chciało się wyrwać.
Tyle że historia lubi czasem odwrócić kierunek ruchu.
Dzisiaj coraz częściej to nie mieszkaniec wsi patrzy z zazdrością na miasto, lecz mieszkaniec miasta zaczyna spoglądać w przeciwną stronę. Bo miasto, oprócz wszystkich swoich zalet, ma też coraz bardziej dokuczliwą cenę. Tłok, korki, hałas, beton, brak przestrzeni, wysokie koszty mieszkań, sąsiad za ścianą, drugi nad głową, trzeci pod nogami i samochód, dla którego czasem trzeba odbyć małą wyprawę poszukiwawczą, żeby znaleźć miejsce do zaparkowania.
I wtedy człowiek zaczyna marzyć o czymś, co jeszcze niedawno uchodziło za zwyczajność: o kawałku własnego podwórka, kilku drzewach, ciszy wieczorem, przestrzeni między jednym domem a drugim i o tym luksusie, żeby otworzyć okno i nie zobaczyć od razu okna sąsiada po drugiej stronie ulicy.
Nie chcę oczywiście robić z miasta piekła, a ze wsi raju utraconego, bo jedno i drugie byłoby równie głupie. Miasto daje rzeczy, których wieś czasem nadal nie daje tak łatwo, a wieś ma swoje niedogodności i swoje absurdy. Ale proporcje naprawdę się zmieniły. Dzięki drogom, samochodom, internetowi, usługom i pracy, którą coraz częściej można wykonywać zdalnie albo dojeżdżając kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, życie na wsi przestało oznaczać cywilizacyjną degradację.
I tu właśnie pojawia się paradoks naszych czasów: przez lata wieś próbowała upodobnić się do miasta, a dziś coraz więcej ludzi wybiera wieś właśnie dlatego, że nie jest miastem.
Na wsi można dziś żyć bardzo komfortowo. Czasem nawet wygodniej niż w mieście, bo do wszystkich zdobyczy współczesności dochodzi jeszcze przestrzeń, własny kawałek ziemi, ogród, cisza, trochę zieleni za oknem i ten luksus, że człowiek nie musi każdej wolnej chwili spędzać między czterema ścianami albo na wspólnym skwerze. Tyle że ten komfort ma jeden warunek: trzeba zaakceptować wieś w całości, a nie tylko tę jej część, która dobrze wygląda na zdjęciu z katalogu nieruchomości.
Bo wieś nie jest ośrodkiem wypoczynkowym ani sanatorium pod gołym niebem. Wieś jest także miejscem pracy i produkcji żywności. A skoro produkuje się żywność, to są ciągniki, kombajny, opryskiwacze, kurz na drodze, błoto po deszczu, zapach obornika, kiszonki, świeżo rozrzuconego nawozu i czasem taki warkot maszyny, że romantyczny zachód słońca trzeba oglądać przy akompaniamencie sześciocylindrowego diesla.
Rolnik nie zawsze może poczekać z pracą do poniedziałku, do dziewiątej rano i najlepiej jeszcze po wcześniejszym uzgodnieniu z sąsiadami. Jeśli ma dwa dni pogody na żniwa, to będzie kosił wtedy, kiedy może. Jeśli trzeba zebrać siano przed deszczem, to maszyny pójdą w pole wieczorem. Jeśli gospodarstwo hodowlane ma produkować, to czasem będzie pachniało tak, jak pachnie gospodarstwo hodowlane, a nie lawendą z odświeżacza powietrza.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się pewien problem ludzi, którzy wybierają wieś dla spokoju, ale chcieliby, żeby była spokojna dokładnie na ich warunkach. Kogut może piać, ale najlepiej po ósmej. Traktor może jechać, byle nie pod oknem. Pole może być, o ile nie jest nawożone. Krowa jest nawet malownicza, dopóki stoi odpowiednio daleko od tarasu.
Tyle że to tak nie działa. To nie są usterki wsi. To właśnie jest wieś.
I wtedy pojawia się kolejny paradoks. Człowiek ucieka z miasta właśnie po to, żeby mieć więcej przestrzeni, kawałek widoku, trochę ciszy i poczucie, że świat nie kończy się na balkonie sąsiada naprzeciwko, po czym po kilku latach zaczyna urządzać tę swoją wieś według miejskich przyzwyczajeń. Najpierw chciał pola za płotem, bo pięknie wyglądało o zachodzie słońca, ale potem dobrze byłoby, żeby już nikt po tym polu nie jeździł traktorem. Chciał szerokiej przestrzeni, ale skoro działki dobrze się sprzedają, to może jednak podzielić ją na mniejsze. Chciał zieleni, lecz najlepiej takiej uporządkowanej, przystrzyżonej i zamkniętej między kostką brukową a równym szeregiem tuj. I zanim się człowiek obejrzy, dawny krajobraz zaczyna przypominać kolejne osiedle podmiejskie, tylko z trochę gorszym dojazdem do centrum.
Nie chodzi oczywiście o to, żeby wieś zakonserwować jak skansen i zabronić budowania domów, dróg czy chodników. Ludzie mają prawo żyć wygodnie, budować, modernizować i urządzać swoje otoczenie po swojemu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rozwój przestaje szanować miejsce, do którego przyszedł. Kiedy pola znikają kawałek po kawałku, każdy wolny skrawek dostaje ogrodzenie, krajobraz zostaje pocięty na działki, a wieś coraz mniej przypomina wieś i coraz bardziej przedmieście, tylko jeszcze bez wszystkich miejskich usług. I wtedy może się okazać, że w pogoni za wygodą zgubiliśmy dokładnie to, co wcześniej było największym atutem tego miejsca.
Bo jeśli z miasta ucieka się po przestrzeń, spokój i krajobraz, to trzeba uważać, żeby po kilkunastu latach nie odkryć, że własnymi rękami zbudowaliśmy sobie to samo, od czego chcieliśmy uciec.
I tu wracamy do samego konkursu, bo jego kryteria, przy całej urzędowej otoczce, całkiem nieźle chwytają ten dylemat. Z jednej strony rozwój, innowacyjność, internet, nowe pomysły, lepsza organizacja i korzystanie z tego, co daje współczesność. Z drugiej — krajobraz, dziedzictwo, historia, lokalna pamięć, wspólnota i zachowanie rolniczego charakteru wsi. Czyli nie chodzi o to, żeby wieś stała w miejscu, tylko żeby idąc do przodu, nie zgubiła po drodze samej siebie.
Bo nowoczesność nie musi oznaczać, że wszystko, co stare, trzeba zburzyć, wyprostować, wyasfaltować i obłożyć kostką. Czasem bardziej nowoczesne jest właśnie to, żeby wiedzieć, co warto zachować. Stary sad, kapliczkę przy drodze, układ pól, lokalną historię, zwyczaj, nazwę miejsca, strażacką tradycję czy orkiestrę działającą od pokoleń. To nie są przeszkody w rozwoju. To są rzeczy, które sprawiają, że jedna wieś różni się od drugiej i że po przekroczeniu tablicy z nazwą miejscowości człowiek rzeczywiście czuje, że przyjechał gdzie indziej.
Podobnie z internetem. Strona czy profil społecznościowy mogą służyć nie tylko do wrzucania informacji o zebraniu albo terminie wywozu odpadów. Mogą być współczesną kroniką miejscowości. Miejscem, w którym młodsi znajdą stare fotografie, starsi zobaczą, że ich pamięć nie poszła w niebyt, a ktoś z zewnątrz zrozumie, że ta wieś ma własną historię i własny charakter.
I chyba właśnie na tym polega sensowna nowoczesność: korzystać z nowych narzędzi, ale nie po to, żeby zerwać z przeszłością. Raczej po to, żeby ją lepiej zachować, opowiedzieć i przekazać dalej.
Bo wieś, która zapomina, kim była, może być bardzo nowoczesna. Tylko po pewnym czasie może już nie bardzo wiedzieć, kim jest.
Mam do tego konkursu stosunek trochę osobisty. W tym roku wyróżniono Roczyny, w których dziś mieszkam. W 2024 roku pierwszą nagrodę w kategorii „Nowatorska Małopolska Wieś” zdobyła moja rodzinna Narama, gdzie jako chłopak ganiałem po miedzach, a w tegorocznej edycji trzecie miejsce w tej samej kategorii zajęły leżące po sąsiedzku Damice z gminy Iwanowice.
Człowiek może więc udawać chłodnego obserwatora, może sobie nawet wmówić, że patrzy na wszystko z właściwego dystansu, ale od czasu do czasu własna geografia życiowa i tak zagląda mu przez ramię. I dobrze. Bo dzięki temu te nazwy na liście wyników nie są dla mnie tylko punktami na mapie, ale miejscami, z którymi coś mnie łączy.
Tyle prywatki. Ego nakarmione, ziomowie uhonorowani, można wracać do całej Małopolski. 😉
I chyba właśnie tutaj dochodzimy do tego, czego żadnym regulaminem do końca zmierzyć się nie da. Można policzyć inwestycje, obejrzeć stronę internetową, sprawdzić estetykę, przejrzeć prezentację i przyznać punkty za pomysły. Znacznie trudniej zmierzyć coś, co na wsi nadal bywa najważniejsze — czy ludzie potrafią zrobić coś razem.
Bo wieś to przecież nie tylko domy stojące przy jednej drodze i wspólny kod pocztowy. To strażacy z OSP, gospodynie z KGW, szkoła, parafia, klub sportowy, orkiestra, stowarzyszenie, rada sołecka, grupa ludzi pilnujących lokalnej historii i zwykli mieszkańcy, którzy może na co dzień nie należą do żadnej organizacji, ale kiedy trzeba, przyjdą, pomogą, przyniosą, przewiozą, skręcą, ugotują albo po prostu powiedzą: „Dobra, robimy”.
Oczywiście nie ma sensu malować tego wszystkiego wyłącznie różową farbą. Na wsi ludzie też się spierają, obrażają, konkurują, pamiętają sobie różne rzeczy czasem dłużej, niż byłoby to potrzebne, a zebranie wiejskie potrafi mieć temperaturę lepszą niż niejeden program publicystyczny. Ale może właśnie dlatego tym bardziej warto zauważyć momenty, kiedy mimo tych różnic udaje się zrobić coś wspólnie.
Pani sołtys Roczyn, Izabella Górka-Kociuba, napisała po gali jedno proste zdanie: „To wyróżnienie jest nasze wspólne!”. I choć odnosiła je do Roczyn, równie dobrze można by je dopisać pod nazwą każdej miejscowości, która znalazła się wśród tegorocznych laureatów.
Bo dyplom odbiera zwykle sołtys, wójt albo burmistrz, do zdjęcia ustawia się kilka osób, ale żadnej wsi nie buduje jedna twarz z fotografii. Za każdym takim wyróżnieniem stoi zwykle znacznie więcej ludzi, niż zmieści się na scenie.
I może właśnie dlatego wspólnota jest najważniejszym składnikiem dobrej wsi. Resztę można wybudować, kupić, wyremontować albo napisać w projekcie. Wspólnoty nie da się zamówić z katalogu.
Dziesięć edycji konkursu to już wystarczająco dużo, żeby spojrzeć na niego nie tylko jak na coroczne rozdawanie dyplomów, ale także jak na pewien zapis zmian, jakie zaszły na małopolskiej wsi. Kiedyś rozwój mierzyło się przede wszystkim tym, co dało się policzyć i sfotografować: ile kilometrów asfaltu, ile metrów wodociągu, ile chodnika, czy jest kanalizacja, szkoła, sala, oświetlenie, boisko. I bardzo dobrze, bo bez tych rzeczy trudno mówić o normalnym życiu.
Dziś jednak coraz częściej dochodzi jeszcze drugie pytanie: co zostało z samej wsi po tym całym nadrabianiu zaległości? Czy rozwijając się, zachowała własny krajobraz, pamięć, rytm, miejsca ważne dla ludzi i coś, co odróżnia ją od kolejnego osiedla domów jednorodzinnych? Czy nowoczesność dodała jej wygody, czy po prostu starła różnice?
Może właśnie dlatego tak ważne jest, że w regulaminie tego konkursu obok innowacyjności i internetu stoją dziedzictwo, lokalna tożsamość, rolniczy charakter i wspólnota. Bo dobra wieś nie musi udowadniać swojej wartości tym, że coraz bardziej przypomina miasto. Przeciwnie, powinna korzystać z nowoczesności po swojemu — brać z niej to, co ułatwia życie, ale nie wyrzucać przy okazji tego, co przez pokolenia budowało jej własny charakter.
I chyba tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Wieś nie powinna już gonić miasta. Powinna raczej pilnować, żeby rozwijając się, nie zgubiła tego, czego miasto ma dziś coraz mniej i czego samo zaczyna jej zazdrościć.
Tym bardziej warto tego pilnować, bo wiejska wspólnota nie jest odporna na wszystko. Coraz częściej także na poziom małych gmin i lokalnych środowisk schodzi styl konfliktu znany z wielkiej polityki — więcej plemienności, mniej rozmowy, więcej grania pod własną publiczność. A jeśli kiedyś ten język na dobre wejdzie do remiz, rad sołeckich i zebrań wiejskich, stracimy coś znacznie cenniejszego niż kolejny punkt w konkursowej tabeli. Stracimy samych siebie, a tego z żadnego unijnego czy marszałkowskiego budżetu już nie odkupimy.
Żeby jednak oddać pełną sprawiedliwość tym, którym wciąż udaje się wygrywać ze statystyką i działać razem — na koniec, już bez moich dalszych morałów, zostawiam pełną listę tegorocznych laureatów i wysokość przyznanych nagród. Dane pochodzą z oficjalnej strony Województwa Małopolskiego.
Lista laureatów konkursu „Małopolska Wieś 2026”
Poniżej prezentujemy listę laureatów konkursu, którym udzielono pomocy finansowej w ramach konkursu pn. „Małopolska Wieś 2026”
W kategorii Najpiękniejsza Małopolska Wieś zostało wyróżnionych 8 sołectw:
- Książnice Wielkie, Gmina Koszyce
- Jadowniki, Gmina Brzesko
- Krośnica, Gmina Krościenko nad Dunajcem
- Melsztyn, Gmina Zakliczyn
- Gołkowice Górne, Gmina Stary Sącz
- Wola Zachariaszowska, Gmina Zielonki
- Żębocin, Gmina Proszowice
- Roczyny, Gmina Andrychów
Kwota nagrody – 10 tys. zł.
Laureatami III miejsca ex aequo zostały sołectwa: Kobylany – Gmina Zabierzów, Binarowa – Gmina Biecz oraz Uszew – Gmina Gnojnik (kwota nagrody – 30 tys. zł).
II miejsce: sołectwo Poręba Radlna – Gmina Tarnów (kwota nagrody – 40 tys. zł).
I miejsce: sołectwo Swoszowa – Gmina Szerzyny (kwota nagrody – 50 tys. zł).
W kategorii Nowatorska Małopolska Wieś zostało wyróżnionych 6 sołectw:
- Minoga, Gmina Skała
- Golanka, Gmina Gromnik
- Pierzchów, Gmina Gdów
- Podrzecze, Gmina Podegrodzie
- Biadoliny Szlacheckie, Gmina Dębno
- Żmiąca, Gmina Laskowa
Kwota nagrody – 10 tys. zł.
Laureatami III miejsca ex aequo zostały sołectwa: Damice – Gmina Iwanowice oraz Klecza Dolna – Gmina Wadowice (kwota nagrody- 30 tys. zł).
II miejsce: sołectwo Polanka – Gmina Myślenice (kwota nagrody – 40 tys. zł).
I miejsce: sołectwo Pazurek – Gmina Olkusz (kwota nagrody – 50 tys. zł).
W kategorii Małopolska Wieś w Sieci, laureatami III miejsca ex aequo zostały sołectwa: Rozkochów – Gmina Babice, Dąbrowa Szlachecka – Gmina Czernichów oraz Bielany – Gmina Kęty.
Kwota nagrody – 10 tys. zł
II miejsce: sołectwo Rylowa – Gmina Szczurowa (kwota nagrody – 20 tys. zł)
I miejsce: sołectwo Bartkowa Posadowa – Gmina Gródek nad Dunajcem (kwota nagrody – 30 tys. zł).
Pomoc finansowa została przyznana przez Województwo Małopolskie w formie dotacji na rzecz gminy, z przeznaczeniem na realizację zadań własnych gminy na terenie zwycięskiego sołectwa, w szczególności tych służących podniesieniu atrakcyjności małopolskiej wsi i poprawie jakości życia jej mieszkańców.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz