No dobra. Rząd ogłasza, że nie zgodzi się na „import ukraińskiego zboża do Polski”, ale zgodzi się na jego „tranzyt przez terytorium Polski”.
Rozumiem, że – dajmy na to – pociąg z ukraińskim zbożem zostanie zaplombowany i przewieziony do Niemiec. Tam towar zostanie oclony i „zalegalizowany” – już jako własność jakiegoś niemieckiego podmiotu.
Nic nie stoi od tej pory na przeszkodzie, żeby taki pociąg zawrócić do Polski – gdzie wjedzie już bez żadnej odprawy celnej – po prostu jako zboże z Niemiec a właściwie – z Unii Europejskiej, która stanowi jednolity obszar celny. Oczywiście, taki manewr podniesie nieco jego cenę, ale – nie za wiele.
Co więcej, nawet jeśli to zboże nie wróci natychmiast do Polski, to przecież, o ile nie zostanie natychmiast wywiezione gdzieś poza Unię, to jego obecność na rynku europejskim obniży popyt na zboże z Polski, które było dotąd eksportowane do innych krajów UE.
Jednym słowem, w ten czy inny sposób napływ ukraińskiego zboża uderzy w nasze rolnictwo.
Oczywiście – tak samo uderzy w farmerów we Francji a nawet w Niemczech, gdzie przecież też produkuje się ogromne ilości zboża. Uderzy jednak nieco mniej niż w rolnictwo polskie, gdyż kraje te mają większy od nas potencjał eksportu. Eksport wszystkich polskich zbóż poza UE wg danych z r. 2020, to 2,76 mln ton, co stanowiło tylko 6,5% całego eksportu z UE. Dla porównania, Francja ma tu udział aż 34%, Rumunia 17% a Niemcy 13%.
Chociaż w ostatnich latach udział Polski w eksporcie pszenicy poza europejski obszar celny zwiększył się do 9%, co dało nam czwarte miejce w rankingu, to wynikało to właśnie ze spowodowanych wojną trudności z eksportem zboża z Ukrainy.
Obawiam się zatem, że pomimo mocnych deklarcji ministra Budy, realny efekt naszego jednostronnego „embarga importowego” może okazać się mizerny (czytaj więcej).
Zostaw komentarz