Zasadniczo to potrawa niemiecka, spopularyzowana w Niemczech w czasie II wojny światowej, ale znają ją też, w Polsce, Ślązacy, Wielkopolanie, Kaszubi. Prosta i sycąca.
Eintopf po niemiecku znaczy „jeden garnek” bo dosłownie tylko jednego wymaga by ją przygotować. Przepisów i wariacji eintopfu jest tyle ile kucharzy lub kucharek. Ja pamiętam smak tego gotowanego przez babcię Marysię w rodzinnych domach w Wyrzysku.
Przepis babci Marysi
Używała do jego przyrządzenia: chudego mięsa wołowego, czasami kiełbasy lub tzw. specku. To boczek lub np. podgardle nie wędzone, ale suszone na powietrzu. Kto był w niemieckim Tyrolu lub austriackiej Karyntii zna jego smak. Suszony jest w przewiewnych pomieszczeniach lub na powietrzu. Babcia Anna z Kompanii też go robiła i wieszała u powały chlebowego pieca. Jest pyszny, ale piekielnie słony.
Zaczynała od krojenia warzyw np. brukwi, marchewki cebuli, ziemniaków. W mniej więcej równe kostki. Następnie kroiła cebulę, czosnek oraz mięso lub wędlinę w kostki takiej wielkości by starczyły na jeden kęs.
W garnku rozpuszczała gęsi smalec ( oliwa była wtedy w Polsce nieznana, a jeśli ktoś ją dostał to była piekielnie droga). Po rozpuszczeniu smalcu dodawała mięso lub wędlinę, albo speck. Jeśli było samo mięso wołowe opruszała je mąką pszenną i zrumieniała ze wszystkich stron. W przypadku boczku lub wędliny ten zabieg nie był potrzebny.
Następnie przekładała mięso/wędlinę/boczek ( mogły być razem) na talerz, a do garnka wkładała cebulę, którą lekko „szkliła”.
Kiedy wyglądała jak jakby ktoś ją polał roztopionym szkłem, dodawała inne warzywa czyli co miała akurat pod ręką i też podsmażała ze dwie/trzy minuty.. Wariant z żółtą brukwią był dla mnie najsmaczniejszy.
Po uprażeniu cebuli i warzyw dodawała mięso/wędliny/ speck, razem lub osobno, zalewała wodą i dusiła na wolnym ogniu, pod przykryciem, aż do miękkości.
Na piętnaście minut przed uduszeniem, dodawała ziemniaki, pokrojone w kostkę. Nie za dużą. Raczej wielkości dwóch kostek cukru. Jeśli kroiłem ziemniaki były to raczej graniastosłupy, trapezy lub wszystkie, inne kształty.
Już po wyłożeniu na talerz dodawała pokrojoną nać pietruszki, choć ja kiedy sam robiłem, wolałem kolendrę dodającą eintopfowi nieco orientalności.
Oczywiście, w składzie były też liczne zioła, których nazw już nie pamiętam i oczywiście sól oraz nieco pieprzu.
Taki eintopf jadło się kilka dni. Najlepszy był po dwóch dniach gdy mięso lub inne dodatki „przeszły” zapachem ziół, warzyw. I na odwrót.
W wersji bez ziemniaków, ale z kaszą, dojadaliśmy go chlebem.
Te wszystkie smaki, zapachy z tamtych lat mnie ukształtowały. Ilekroć poczuję gdzieś znajomą woń, otwiera się w głowie i sercu szkatułka ze wspomnieniami i tamtymi emocjami. To nie tylko „zwykłe jedzenie” to coś więcej. To smak i zapach młodych lat.
Nie mam zdjęcia eintopfu więc musi wystarczyć zdjęcie sybaryty na zastawionym stołem w Garni/Armenia.
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz