Kolejny dzień był równie słoneczny jak poprzednie, tylko temperatura była znacznie niższa niż w Dubaju. Nocą spadki temperatury dochodziły do wartości minusowych aby w południe osiągać + 13-15 st. C. Powietrze było rześkie, a dzień bezwietrzny, idealne warunki do zwiedzania i chusta na głowie nie była tak uciążliwa. Czekał nas niezmiernie ciekawy i pełen niespodzianek dzień.

Po śniadaniu udaliśmy się naszym autokarem do położonej wysoko na zboczach górskich północnej części Teheranu dzielnicy – Darband, aby zobaczyć jedną z rezydencji ostatniego szacha Iranu, Mahammada Rezy Pahlawiego- Saadabad.

Północne dzielnice stolicy są prestiżowe. Znajdują się tam ambasady (ambasady USA od czasów uwięzienia dyplomatów amerykańskich nie ma, ale amerykańscy turyści przyjeżdżają), rezydencje zamożnych obywateli, ekskluzywne hotele i sklepy. Jest to miejsce gdzie latem temperatura jest o 3-4 stopnie niższa niż w południowym Teheranie. W mieście jest dużo zieleni, głównie platanów dających cień w upalne dni. Do pałacu szacha jechaliśmy najdłuższą ulicą Vali Asr, mającą 20 km długości. To z polecenia szacha obsadzona została drzewami które nawadniane są wodą płynącą z gór.

Położone na wysokości 1900m.n.p.m dzielnice stolicy mają inny klimat tak, że w pobliskich górach wiosną i latem można jeździć na nartach, podczas gdy poniżej kwitną morele.

Jadąc autokarem obserwowałam ruch uliczny i ludzi na ulicach. Kobiety ubrane były w tradycyjne czarne stroje okrywające luźno całe ciało i młode dziewczyny w legginsach i krótkich, często kolorowych płaszczykach z fantazyjnie upiętą na czubku głowy obowiązkową chustką. Iran otwiera się na świat i zmienia ewolucyjnie. Jest jednak pełen kontrowersji. Wprawdzie nie ma już takich ostrych rygorów jakie istniały w czasach Chomeiniego, kiedy kobietom mającym pomalowane usta strażnicy rewolucji ścierali szminkę papierem ściernym, a pomalowane paznokcie zrywali. Kary chłosty oficjalnie już nie ma, ale kara śmierci za najcięższe zbrodnie jest wykonywana. Nie ma opery, klubów nocnych, dyskotek, koncertów, a samo słowo „taniec” nadal jest ocenzurowane. Irańscy twórcy wszelkimi sposobami ją obchodzą. Muzycy organizują swoje koncerty za granicą np. w Armenii, do której jeżdżą ich fani. Panie mogą tam zdjąć chusty, a panowie napić się koniaków.

Oficjalnie chłopiec z dziewczyną nie mogą się spotykać sam na sam, ale nie jest to ściśle przestrzegane. Spotkałam wiele par spacerujących po ulicach, z niektórymi z nich udało mi się porozmawiać. Nie było z tym problemów ponieważ młodzież zna języki obce i bardzo łatwo się z nimi porozumieć po angielsku. Małżeństwa są w zasadzie aranżowane, ale widać, że uczucia młodych nie są lekceważone przez rodziny. Kobiety mają swobodę rozwoju swoich zainteresowań i talentów. Studiują na prestiżowych uczelniach różne kierunki, często trudne techniczne.

Oglądając z autobusu życie Irańczyków nie wiadomo kiedy dojechaliśmy do pałacu, a w zasadzie kompleksu pałacowego-parkowego. Obejmuje on ponad 100 hektarów powierzchni. W Teheranie są dwa takie kompleksy – Saadabad, należący niegdyś do Rezy Pahlawiego, ojca ostatniego z szachów, oraz Niawaran, zbudowany przez samego Mohammada Rezę Pahlawiego u stóp góry Elbrus. Kiedy pałac ten powstawał miejsce to było głęboką ,cichą prowincją.

Pałac Saadabad zbudowany został przez dynastię Pahlawi w XIX wieku. Przez długi okres czasu stanowił siedzibę rodu królewskiego. Często oficjalni goście zagranicznych państw przybywający do Teheranu zatrzymują się właśnie w tym pałacu. Po rewolucji irańskiej został zamieniony w kompleks muzealny. W części budynków znajdują się muzea.

Dochodząc do pałacu Saabadad uderzył nas widok pomnika składającego się z wielkich rozmiarów metalowych nóg do kolan z butami. Okazało się, że są to pozostałości po zburzonym monumentalnym pomniku cesarza Rezy. Szkoda, że nie przetrwał rewolucji.

Pałac Saadabad nazywany White Palace przypomina trochę sylwetkę Białego Domu w Washingtonie, ale z zewnątrz jest od niego mniejszy i skromniejszy, natomiast wnętrze zaskakuje przepychem. Ściany i sufity wyłożone dużymi i małymi lusterkami, wspaniałe żyrandole, drogocenne obrazy i meble, dzieła sztuki kolekcjonowane przez ostatnią żonę szacha Rezy Pahlaviego Farah Diba Pahlavi, czarują i zachwycają swoim pięknem.

Farah Pahlavi – była trzecią żoną ostatniego szacha Iranu Mohammada Rezy Pahlaviego. 26 października 1967 została przez szacha koronowana na władczynię Iranu jako pierwsza i jedyna kobieta w ciągu dwu i pół tysiąca lat historii perskiej monarchii.

Przez wiele lat swojego panowania była wybitnym mecenasem sztuki i patronką organizacji charytatywnych. Do dziś uznawana jet za symbol emancypacji kobiet muzułmańskich. Po wybuchu rewolucji islamskiej w 1979 r wyjechała wraz z mężem i czworgiem dzieci na Zachód, gdzie wydała swoje wspomnienia w 2004 r „Z miłości do mojego króla”

Rewolucja islamska wynikała z niezadowolenia ludzi z autokratycznych rządów szacha Rezy Pahlaviego. Wszechobecny terror i tortury (których nie będę tu opisywać) przelały czarę goryczy, a ajatollah Chomeini z tego skorzystał. Najsilniejsza opozycja pojawiła się w kręgach religijnych przez niego kierowanych. Po ustąpieniu szacha pod naciskiem opozycji wewnętrznej 22 I.1979 r otworzyła się droga do powrotu ajatollaha (1.II) i objęcie władzy przez Islamską Radę Rewolucyjną przez niego kierowaną. W dniu 1 IV ogłoszono Iran republiką islamską, przyjęto nową konstytucję oraz nowe prawa oparte na zasadach Koranu. Zaczęła się bezwzględna walka z przejawami zachodniej kultury Tak to Irańczycy wpadli z przysłowiowego deszczu pod rynnę. Tym bardziej, że funkcjonariusze służb bezpieczeństwa z okresu rządów szacha jako fachowcy zostali później zatrudnieni w służbie ajatollaha.

Po zwiedzeniu pałacu Saadabad udaliśmy się na spacer do dzielnicy położonej u podnóża gór. Zatrzymaliśmy się przed pomnikiem poświęconym ratownikom górskim. Przedstawia młodego ratownika z pełnym wyposażeniem ratowniczym, idącego w góry na ratunek ludziom potrzebującym pomocy.

Mieliśmy sporo czasu na zrobienie zdjęć i przyjrzenie się kolorowym kramikom i małym sklepikom pełnym pamiątek i regionalnych przysmaków. Półki wielu z nich uginały się pod ciężarem przypraw, fig, daktyli i suszonych owoców. Również tu nie zabrakło Coca Coli. Chodząc uliczkami co rusz natrafialiśmy na nieduże urocze herbaciarnie o różnorodnym wystroju zachęcającym do zatrzymania się i spróbowania na świeżym powietrzu. aromatycznej herbaty. Aż trudno było wybrać, w końcu zatrzymaliśmy się w jednej z nich.

Obsługa była bardzo miła, wszyscy pytali nas skąd jesteśmy. Gdy jednak mówiliśmy Poland, rozumieli to jako Holand….ale gdy mówiliśmy Lechistan było dla nich jasne, że przybywamy z Polski. Miło się do nas uśmiechali i powtarzali „ach Lechistan”. Może wiedzieli od swoich ojców czy dziadków o Polakach, którzy wraz z wojskiem Andersa trafili do Iranu ,do miast Meszhedu, Ahwazu, czy położonego na południe Asfahanu. Ale to już temat na odrębny tekst. Szkoda jednak, że polscy przewodnicy o tym nie wspominają.

Herbaciarnie różnią się od zachodnich tym, że nie ma krzeseł i stolików, a są platformy umieszczone kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią i wyłożone dywanami z wałkami lub poduszkami do oparcia. Przed wejściem na taką platformę należy zdjąć buty. Tak było i tu. Po zdjęciu butów i wejściu na platformę, natychmiast pojawił się właściciel i rozpalił specjalny piecyk gazowy aby nam nie było zimno siedzieć w masie górskiego powietrza. Po chwili zjawił się kelner z czajniczkiem herbaty. Bardzo miło spędziliśmy czas.

Z herbaciarni udaliśmy się na obiad w centrum miasta, a następnie do Muzeum Dywanów, które jest godne polecenia. Znajduje się w północno – zachodniej części Parku Laleh. Budynek ma ciekawą, nowoczesną formę a wewnątrz kolekcję starych, tkanych ręcznie dywanów charakterystycznych dla różnych regionów Persji. Wystawa składa się z dwóch galerii, na parterze i na piętrze o ogólnej powierzchni 3400m2. Na dole jest ekspozycja stała, a na piętrze galeria przeznaczona na wystawy czasowe. W muzeum można zobaczyć 150 dywanów tkanych ręcznie, z których najstarszy odtworzony został z fragmentów liczących 10 tys lat znalezionych podczas prac archeologicznych. Przekrój eksponatów to XVII-XX wiek. Byliśmy pod wrażeniem różnorodności wzorów, kolorów i stylów tych kobierców
W jednej z sal można było nabyć miniaturki niektórych prezentowanych dywanowych eksponatów. Niestety, nie było wielkiego wyboru, ponieważ każda z wycieczek dokonywała ich zakupu i właściciel stoiska nie nadążał z dostarczaniem kolejnych partii towaru. Ja również kupiłam kilka dla siebie, rodziny i znajomych. Żal było opuszczać te cudowne miejsce.