Po śniadaniu wyruszyliśmy w głąb Wielkiej Pustyni Słonej do miejscowości Charanak, założonej jako przystanek dla karawan na szlaku chorosańskim. Był to początek naszej liczącej sobie 450 km drogi z Yazd do Isfahanu i pierwsze miejsce w którym się zatrzymaliśmy. Zbudowana z suszonej gliny antyczna osada-forteca z czasów sasanidzkich w której znajdują się ciekawe architektonicznie pozostałości domów. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniło w niej życie, a teraz po dawnej świetności pozostał labirynt uliczek z dobrze zachowanymi ruinami. Nieliczne z nich są zamieszkane, o czym świadczą szyby i firanki w oknach oraz biegające wokół kury. W osadzie znajduje się Meczet Piątkowy z odnowionym minaretem oraz muzeum etnograficzne z eksponatami z regionu. Chodząc po opuszczonych krętych uliczkach towarzyszyły nam cisza i wiatr.

<img src="http://pressmania.pl/wp-content/uploads/2017/04/75-444×333.jpg" alt="" width="444" height="333" class="alignnone size-medium wp-image-40489" /

Można wszędzie wejść. My co jakiś czas wchodziliśmy do mieszkań by zobaczyć jak wyglądał rozkład mieszkań i wielkość pomieszczeń. Wszystkie posiadały taki sam układ i były niewielkich rozmiarów. Składały się parteru w którym znajdowały się pomieszczenia socjalne (kuchnia, spiżarnia, łazienka) oraz piętra z sypialniami. Były puste, tylko wszechobecny wiatr tańczył w nich poruszając niedomknięte drewniane żaluzje. Nieliczne ozdoby świadczyły o ich minionej świetności.

Chodząc wąskimi uliczkami widmami, myśli nasze biegły do czasów kiedy te miejsca były pełne gwaru mieszkańców, śmiechu bawiących się dzieci i miejscowych sklepikarzy zachwalających swoje towary. Czas gdy ta osada była miejscem odpoczynku dla przemieszczających się karawan ze Wschodu na Zachód dawno przeminął, a wraz z nim odeszli mieszkańcy. Czas robi swoje. Wiatr, deszcz i słońce powoli a systematycznie usuwają glinę ze ścian, skutkiem tego dachy i ściany zapadają się pod swoim ciężarem. Przyjdzie dzień, gdy wszystko ulegnie zniszczeniu.

Po odwiedzeniu tego niezwykłego miejsca udaliśmy się w dalszą podróż przez dzikie i odludne góry, podziwiając przepiękne krajobrazy. Naszym kolejnym celem była położona w górach, wysoko nad doliną najważniejsza zoroastryjska świątynia ognia Czak-Czak. Ponieważ znajduje się ona w trudno dostępnym miejscu, nasz autokar dojechał wąskimi serpentynami dokąd się dało. Ostatni odcinek drogi przebyliśmy pieszo. Idąc krętą drogą podziwialiśmy przepiękne widoki. Szło się ciężko, bowiem zbliżało się południe, słońce coraz mocniej zaczęło przypiekać a trzeba było pokonać kilkadziesiąt schodów na stromym zboczu by do niej dotrzeć.

Nasi kierowcy wykazali się niemałą kondycją i odwagą wspinając się na przełaj po skałach. Najgorsze były ostatnie kilkadziesiąt metrów dzielących nas od świątyni, bo trzeba było iść po prawie pionowo położonych schodach.

Według legendy podczas inwazji Arabów w 637 roku, córka sasanidzkiego władcy Yazdegerda III, wraz ze swoim dworem uciekając przed pościgiem arabskich wojsk, dotarła w okolice Czak Czak. Nie mogąc znaleźć przejścia na drugą stronę żarliwie modliła się do boga Ahura Mazdy, który sprawił, że skała blokująca dalszą drogę pękła i piękna księżniczka skryła się w jej wnętrzu. Dzięki temu uniknęła pojmania przez arabskich wojowników. Na pamiątkę tych wydarzeń w miejscu pęknięcia kapie woda. Czak Czak znaczy dokładnie tyle co „Kap, Kap”.

Obecnie w całym kompleksie budynków mieszka tylko jeden człowiek, który odpowiada za jego utrzymanie. Świątynia wykuta jest w litej skale. W środku rozpalany jest ogień w specjalnie przygotowanych misach, a ze ściany sączy się święta woda, nad którą palą się świeczki.Podobno ma ona cudowne właściwości, dlatego zbierana jest w duże miski a następnie sprzedawana czcicielom ognia. Na doroczne święto ognia przyjeżdża tu kilka tysięcy wyznawców tej religii by oddać hołd bogu.

Pomieszczenie sąsiadujące ze świątynią jest jakby małym muzeum, gdzie umieszczone są znaki zoroastrian i portrety ich duchowych przywódców. W świątyni panował miły chłód i można było chwilę odpocząć po trudnej wspinaczce. Zejście było mniej uciążliwe, ale i tak trzeba było uważać bowiem schody są dużo wyższe niż w Europie a nigdzie nie było poręczy.

Następnie udaliśmy się do Meybod. Miasto to ma 1800 letnią historią i jest zbudowane tak jak Yazd (od którego jest oddalone ok 50 km ) z gliny. Zespół Maybod czeka na wpisanie na listę UNESCO. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ogromnej sasanidzkiej twierdzy obronnej Narin-Qale położonej na wzniesieniu w samym centrum miasta. Mimo upływu prawie 2 tys. lat wygląda imponująco. Niesamowite wrażenie zrobiła na nas przepiękna brama wejściowa, po przejściu której widzieliśmy zabudowę obronną. Trzeba przyznać, że w środku niewiele jest do oglądania, bo wiele budowli pod wpływem warunków atmosferycznych zatraciło swoje kształty. By je zrekonstruować potrzebne są gigantyczne pieniądze. Z tarasów rozciąga się z niej wspaniały widok na panoramę miasta.

Po opuszczeniu twierdzy, kolejno zwiedzaliśmy karawanseraj z przylegającą do niego potężną cysterną wodną, Czaparchane – dawną stację pocztową oraz starożytną lodówkę – miejsce do wytwarzania i przechowywania lodu oraz wieżę gołębią.
Ponieważ transport odbywał się za pomocą wielbłądów grabież na szlakach kupieckich i drogach była powszechna. Szach Abbas I Wielki 1587 r z dynastii Safawidów poprawił warunki handlu w Persji budując sieć stacji składających się z 111 karawanserajów w których można było odpocząć a posłańcy zmienić konie. Znajdowały się w nich miejsca dla wielbłądów, do spania dla kupców i ich ludzi, miejsca modlitwy i posiłków. Można było skorzystać z usług fryzjerskich, a za odpowiednią opłatą w niektórych również z usług seksualnych oferowanych przez zamaskowane domy publiczne. Po przybyciu karawany dokonywano inwentaryzacji całego majątku kupca, który przy wyjeździe musiał sprawdzić i podpisać czy stan się zgadza. Persowie wpadli na pomysł magazynowania wody pitnej w podziemnych potężnych cysternach, co zapewniało ludziom i zwierzętom zawsze świeżą wodę w karawanseraju.

Z karawanseraju przeszliśmy do znajdującej się nieopodal – dawnej stacji pocztowej -Chaparchane i muzeum pocztowego z kolekcją dawnych znaczków. Usługi pocztowe były realizowane za pomocą posłańców konnych. Wchodząc do stacji mieliśmy możność zobaczenie jak wyglądała starożytna poczta. Mimo, że zarówno poczmistrz jak i konie byli wykonani z plastyku, to dawało nam wizję jak funkcjonowała poczta i jak ubrani byli jej pracownicy.

Po zwiedzeniu stacji pocztowej udaliśmy się do starożytnej „lodówki” mieszczącej się po drugiej stronie ulicy. To w niej zimą gromadzono lód, który latem sprzedawany był okolicznym mieszkańcom. Wykorzystując niską temperaturę trzymano w niej łatwo psujące się produkty takie jak mięso i warzywa. Lód uzyskiwano w ten sposób, że przed starożytną lodówką znajdowały się dwa duże zbiorniki głębokie na ok. 0,5 m.

Zalewane były one wodą, którą po zamarznięciu jako lód cięto i przenoszono do ogromnej dziury w ziemi. Na jej dno prowadzą schodki zapewniające sprawne układanie kolejnych warstw zimą oraz jego sukcesywnego wydobywania podczas sprzedaży. Zapasy lodu wystarczały na ponad 6 miesięcy, co zapewniło schładzanie napoi podczas upalnego lata.
Z zewnątrz budowla przykryta wysoką glinianą kopułą w kształcie gigantycznego komina nie zrobiła na mnie wielkiego efektu, dopiero po wejściu do środka przekonałam się jak ogromna była starożytna lodówka.

Duże wrażenie zrobiła na mnie Wieża Gołębi. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Gdy się na nią patrzy z zewnątrz, to wygląda jak okrągły budynek w kształcie wieży niczym szczególnym się nie wyróżniający. Po wejściu do środka, szok – wnętrze przypominało gigantyczny plaster miodu. Zobaczyliśmy ściany i wnęki z tysiącami otworów w których kiedyś gnieździło się około 4 tysięcy gołębi. Ich odchody co jakiś czas wybierano i wywożono na pola używając jako nawozu . Z nielicznych wież które dotrwały do naszych czasów ta w Meybod jest najlepiej zachowana.

Przed nami droga do Isfahanu 3 milionowego miasta słynącego z wielu niespotykanych i słynących na cały świat zabytków między innymi placu Imama-jednego z największych na świecie.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk