To już nie jest debata o klimacie. To nie jest nawet spór o tempo transformacji. To jest sprawdzian elementarnego rozsądku państwa – i, niestety, coraz częściej ten sprawdzian oblewamy.

W momencie, gdy świat wchodzi w epokę brutalnej rywalizacji geopolitycznej, Europa – w tym Polska – postanawia związać sobie ręce i nogi. System, który zmusza nas do pompowania dziesiątek miliardów złotych rocznie w uprawnienia do emisji CO₂, nie jest narzędziem transformacji. Jest drenem finansowym. I to takim, który osłabia nas dokładnie wtedy, gdy powinniśmy budować siłę i odporność.

Mówmy wprost: płacimy gigantyczne pieniądze nie za modernizację, nie za nowe moce, nie za bezpieczeństwo – tylko za prawo do funkcjonowania. To nie jest polityka klimatyczna. To jest ekonomiczny absurd ubrany w moralną narrację.

A świat nie czeka.

Łańcuchy dostaw się rwą. Surowce stają się bronią polityczną. Ceny energii potrafią wystrzelić w kosmos w ciągu tygodni. W takiej rzeczywistości każdy kraj, który świadomie rezygnuje z własnych, stabilnych źródeł energii, gra w rosyjską ruletkę – tylko że bez pustych komór.

Węgiel? Niewygodny temat. Niemodny. Brudny. Ale jednocześnie – przewidywalny, sterowalny i nasz. Można go krytykować, można planować jego odchodzenie, ale ignorowanie jego roli to nie odwaga. To krótkowzroczność granicząca z nieodpowiedzialnością.

Bo czym go zastąpimy – tu i teraz – w sytuacji kryzysowej?

Gazem z importu? Już widzieliśmy, jak to się kończy.

OZE? Fundament przyszłości, ale dziś wciąż zależne od pogody i wymagające zaplecza, którego jeszcze nie mamy.

Magazyny energii? W powijakach.

Atom? Potrzebny – ale realnie za kilkanaście lat.

A blackout nie będzie czekał, aż skończymy prezentację w PowerPoincie.

Największym absurdem tej układanki jest jednak coś innego: wymagamy od spółek energetycznych utrzymywania bezpieczeństwa systemu, a jednocześnie odbieramy im środki, które mogłyby to bezpieczeństwo finansować. To tak, jakby kazać strażakowi gasić pożar, jednocześnie zabierając mu wodę.

Transformacja? Tak – ale nie na ślepo.

Transformacja, która ignoruje realia technologiczne, gospodarcze i geopolityczne, nie jest transformacją. Jest eksperymentem. A państwo to nie laboratorium, w którym można bez konsekwencji sprawdzać ideologiczne hipotezy.

Potrzebujemy strategii, która łączy rozwój OZE, inwestycje w atom i modernizację sieci z utrzymaniem stabilnych mocy przejściowych – nawet jeśli są „niemodne”. Potrzebujemy systemu, który inwestuje w przyszłość, zamiast karać za teraźniejszość.

Bo jeśli tego nie zrobimy, obudzimy się w rzeczywistości, w której energia jest droga, niestabilna i… cudza.

A wtedy nie będziemy już dyskutować o klimacie.

Będziemy walczyć o to, żeby światło w ogóle się zapaliło.