Dzisiaj na kanale prywatnym wdałem się w sprzeczkę z jednym mądralą. Ponieważ świadkiem tej sprzeczki był Andrzej Karabin, uznałem, że warto właśnie dla niego powtórzyć kluczowe sprawy.

GLOBALNE ANTROPOGENICZNE OCIEPLENIE KLIMATU JEST FAKTEM

Możemy dyskutować co z tym fantem zrobić, ale fakt jest niezaprzeczalny.

Dlaczego tak jest?

Wśród osób mu zaprzeczających bardzo popularnym argumentem jest taki – cytuję „dykutanta”:

„CO2 jest potrzebnym w atmosferze związkiem, a nie żadną trucizną albo zanieczyszczeniem. Nasza planeta ulega ciągłemu nieznacznemu przebiegunowaniu, bo nie zawsze kręci się tak samo – czasem kręci się wolniej albo ciut szybciej i jądro ziemi też się przemieszcza, dodatkowo planeta krąży wokół Słońca też nie zawsze po jednakowej trajektorii – czasem bliżej a czasami dalej od Słońca – stąd lód po jednej stronie Antarktydy ulega destrukcji a po drugiej nadbudowuje się. Badania warstw lodu wierconych na Antarktydzie ujawnia już wielokrotnie wyższe stężenia CO2 na przestrzeni kilku tysięcy lat. Wciąż zmieniają się stężenie CO2 w atmosferze Ziemi, który to gaz nie jest żadnym odpadem, tylko jednym ze składników atmosfery a na naszej stronie globu lodowce topnieją, a po przeciwnej stronie lodowce odbudowują się od lat i ich grubość znacznie się zwiększyła.”

Ufff.

Przyznam, że dawno w jednym ciągu nie spotkałem tylu bzdur i przekłamań jednocześnie, ale tak to jest. Zatem po kolei:

1)
„CO2 jest potrzebnym w atmosferze związkiem, a nie żadną trucizną albo zanieczyszczeniem.”

Już Paracelsus dowodził, że „Omnia sunt venena, nihil est sine veneno”, czyli że wszystko jest trucizną – to wyłącznie kwestia dawki. Takoż jest z dwutlenkiem węgla w atmosferze. Ekosystemy Ziemi są dostosowane do jego obecnego poziomu i związanego z tym zakresu temperatur planety. Nagła zmiana stężenia CO2 w atmosferze skutkuje zmianą przekraczającą możliwości adaptacyjne ekosystemów.

2)
„Nasza planeta ulega ciągłemu nieznacznemu przebiegunowaniu, bo nie zawsze kręci się tak samo – czasem kręci się wolniej albo ciut szybciej i jądro ziemi też się przemieszcza, dodatkowo planeta krąży wokół Słońca też nie zawsze po jednakowej trajektorii – czasem bliżej a czasami dalej od Słońca – stąd lód po jednej stronie Antarktydy ulega destrukcji a po drugiej nadbudowuje się.”

Ten akapit dotyczy dwóch możliwych czynników wpływających na temperaturę Ziemi:

– Zmienności ekspozycji słonecznej.
– Możliwych skutków zmian w jądrze Ziemi.

Co do pierwszego czynnika – nie ma wątpliwości, że astronomia dostarcza nam pełnej wiedzy o ruchu Ziemi wokół Słońca. Na ekspozycję słoneczną planety mają właściwie wyłącznie dwa czynniki: liczba plam na Słońcu, co wiąże się z cyklicznością aktywności słonecznej oraz zmiany w zakresie ziemskiej orbity wokółsłonecznej, co wiąże się z pojęciem tzw. cyklów Milankowicza.

Aktywność słoneczna jest obserwowana na bieżąco i od wielu dekad obserwujemy, że nawet w okresach szczytów 11-letnich cyklów słonecznych jest ona niższa od średniej stuletniej. Zasadniczo, Słońce od kilku dekad znajduje się w stanie niskiej aktywności, porównywalnej ze stanem w latach 1805 – 1816, który nosi nazwę Minimum Daltona. Równocześnie, pomimo bardzo długiego okresu bardzo niskiej aktywności słonecznej obserwujemy szybki wzrost temperatury powierzchni naszej planety, zakładać zatem należy, że to nie aktywność słoneczna wzrost ten napędza.

Cóż zatem ze zmianami ekscentryczności, nachylenia i precesji orbity ziemskiej? Otóż gdyby zmiany te były decydujące, a ich okres to ok. 400 tys. lat, to nasza planeta powinna się obecnie powoli ochładzać i schładzanie to powinno trwać przez najbliższe 60 tysięcy lat, prowadzać do zlodowacenia na skutek obniżenia średniej temperatury Ziemi o 5 stopni Celsjusza. Jednak nie obserwujemy żadnego ochłodzenia, ale wręcz przeciwnie – obserwujemy bardzo szybkie ocieplanie się klimatu.

Co zatem możemy powiedzieć o zmianach wewnątrz planety? Może to jakieś procesy geotermiczne prowadzą do nadzwyczajnego ocieplenia Ziemi?

No cóż – cytowany przeze mnie bloger mówi o „przebiegunowaniu”, ale nie wskazuje na mechanizm, w jaki zmiana położenia biegunów magnetycznych Ziemi miałaby prowadzić do wzrostu temperatury atmosfery. Co jak co, ale na elektromagnetyzmie ludzie znają się bardzo dobrze a taki mechanizm nie jest znany. W dodatku – stosunkowo niewielkie, póki co, zmiany położenia biegunów Ziemi trudno nazwać „przebiegunowaniem”. Co roku biegun przesuwa się 48 km rocznie, czemu towarzyszy niewielkie słabnięcie natężenia pola magnetycznego. W oparciu o obecny stan wiedzy, zmiany te w żaden sposób nie są w stanie wpłynąć na obserwowane zmiany klimatu. Mówimy tu w dodatku o wiedzy w obszarze wyjątkowo dobrze „rozpracowanym” przez naukę, która jest w stanie badać tu efekty niezwykle subtelne i nieoczekiwane.

Być może zatem nie chodzi o efekt magnetyczny, ale o bezpośredni przepływ ciepła z wnętrza Ziemi? Może nam się planeta bardziej od środka nagrzewa?

No cóż – na ciepło wnętrza Ziemi mają wpływ dwa czynniki: tarcie spowodowane przez efekty pływowe (wpływ grawitacyjny Słońca i Księżyca) oraz ciepło reakcji jądrowych (rozpadu promieniotwórczego) zachodzących we wnętrzu planety. Jak wiemy, ponieważ skorupa ziemska jest jednym wielkim izolatorem ciepła, bezpośredni przepływ ciepła na obszarze kontynentów jest niezwykle niski i stabilny w czasie. Temperatura skał mierzona w odwiertach jest w miejscach sejsmicznie stabilnych na głębokości już kilkuset metrów właściwie niezmienna. Na podstawie odwiertów oszacowano przepływ ciepła z wnętrza Ziemi na poziomie : 65 mW/m2 na obszarach płyt kontynentalnych oraz na poziomie 101 mW/m2 na dnie oceanicznym, gdzie skorupa ziemska jest najcieńsza. Średnio jest to 0,087 wata na metr kwadratowy, czyli jedynie 0.03% strumienia energii, jaki Ziemia otrzymuje od Słońca. Nie obserwujemy żadnych gwałtownych zmian tego strumienia – na pewno nie takich, za pomocą których można by wyjaśnić obserwowane zmiany klimatu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że być może to wzrost aktywności wulkanicznej odpowiada za nadzwyczajne emisje gazów cieplarnianych, lecz także i to nie jest zgodne z prawdą! Po pierwsze, obecnie obserwowana aktywność wulkaniczna planety wcale nie jest jakaś nadzwyczajna – wręcz przeciwnie, na szczęście żyjemy w epoce wulkanicznie wyjątkowo spokojnej! Po drugie – intensywność emisji i skład gazów wulkanicznych jest bardzo dokładnie monitorowana, co należy do podstawowych zadań wulkanologów na całym świecie. Dzięki temu wiemy, że w skali roku ilość dwutlenku węgla emitowanego do atmosfery za sprawą aktywności człowieka jest obecnie ponad 60 razy większa niż suma emisji wulkanicznych na całym globie.

3)
„Badania warstw lodu wierconych na Antarktydzie ujawnia już wielokrotnie wyższe stężenia CO2 na przestrzeni kilku tysięcy lat. Wciąż zmieniają się stężenie CO2 w atmosferze Ziemi.”

Badania geologiczne, badania pozostałości biologicznych oraz badania składu gazów rdzeni lodowych itd. faktycznie wskazują na znaczące wahania klimatu Ziemi, lecz raczej nie w ciągu kilku, lecz kilkudziesięciu tysięcy lat. Takie wydarzenia to np. trwająca ok. 50 tys. lat tzw. Ocieplenie Środkowoplioceńskie (MPWP) mające miejsce ok. 3 milionów lat temu, chociaż autor zapewne miał na myśli bliższy nam kończący ostatnią epokę lodowcową Interglacjał Późnego Plejstocenu trwający przez ok. 4 tys. lat w zakresie 16000 – 12000 lat p.n.e. Wg obecnego stanu wiedzy, ta zmiana klimatu wiązała się ze wzrostem zawartości CO2 w atmosferze z ok. 200 ppm w epoce lodowcowej do ok. 280 ppm po ustąpieniu lodów. Przyrównajmy to do zmiany stężenia CO2 z poziomu ok. 320 ppm w roku 1950 do poziomu 420 ppm dziś…

4)
„Kiedy na naszej stronie globu lodowce topnieją, to po przeciwnej stronie lodowce odbudowują się od lat i ich grubość znacznie się zwiększyła.”

Nie ma żadnych badań potwierdzających to zdanie. To wierutna bzdura. Autor miał zapewne na myśli niedawne doniesienia o przyroście lodu w obrębie tzw. lodowców szelfowych w Antarktyce, jednak wysnuł z tego kompletnie nieuprawniony wniosek. Lodowce szelfowe, jak np. słynny lodowiec szelfowy Rossa, to spójne tafle grubego lodu pływającego pokrywające zatoki antarktyczne. Wahania ich zasięgu są faktem znanym i podlegają specyficznej wieloletniej okresowości. Należy zauważyć, że obecnie obserwowany przyrost lodu szelfowego jest mniejszy, niż obserwowano w minionych cyklach. Natomiast trzeba koniecznie zauważyć, że dynamika lodowców szelfowych nie ma wiele wspólnego z dynamiką osadzonych na lądzie lodowców lądolodu antarktycznego. Tutaj żadnego przyrostu lodu nie obserwuje się od dawna a wręcz przeciwnie – obserwuje się jego gwałtowny ubytek, co jednak wydaje się bardziej związane z nasunięciem się plamy wulkanizmu pod zachodnią część kontynentu antarktycznego niż z samymi zmianami klimatu. Podgrzewanie skały przez konwekcyjnie unoszoną magmę powoduje topnienie lodowca od spodu. Dotyczy to w szczególności lodowców wyspy Pine oraz lodowca Thwaites, których znaczna część – przewiduje się – niebawem spłynie do morza, w istotnym stopniu wpływając na poziom światowego oceanu. Gdyby do morza spłynął cały lodowiec Thweites, to poziom morza wzrośnie aż o 65 cm, a wywołana tym destabilizacja innych lodowców może doprowadzić do łącznego wzrostu poziomu morza aż o 3 metry w ciągu kilkudziesięciu raptem lat!

Konkludując. Nie ma żadnego innego logicznego wyjaśnienia obserwowanych zmian klimatu niż jedno, bardzo w sumie proste, zgodne ilościowo i jakościowo z dobrze ugruntowaną wiedzą teoretyczną i licznymi obserwacjami.

Człowiek niezbyt zdając sobie z tego sprawę spala corocznie olbrzymie ilości węgla i produktów węglopochodnych pochodzenia kopalnego. Są to ilości stanowiące istotny wkład w bilansie węglowym atmosfery. Węgiel usunięty za sprawą procesów biologicznych z atmosfery miliony lat temu i zdeponowany we wnętrzu ziemi w wielkich ilościach odkopujemy i wprowadzamy ponownie do atmosfery w ogromnym, niespotykanym w dziejach Ziemi tempie. Obserwowany wzrost stężenia CO2 w atmosferze odpowiada oszacowaniu węgla spalanego przez człowieka. Do tego okładają się inne, może mniej trwałe, lecz mocniej wpływające na właściwości termiczne atmosfery gazy takie jak np. zawarty w gazie ziemnym metan.

Związek między stężeniem CO2 i innych gazów cieplanianych w atmosferze a wzrostem temperatury powierzchni ziemi jest znany jako prawo Kirchoffa i ma ugruntowane podstawy we własciwościach fizykochemicznych materii. Nie ma tutaj żadnej tajemnicy. Wpływ człowieka na temperaturę planety jest oczywisty, dobrze zbadany i na wskroś potwierdzony. Zaprzeczanie mu jest zabobonem!

Możemy się kłócić o to, jak należy się wobec tego faktu ustawić, jakie polityki realizować, ale zaprzeczanie faktom jest żenujące.

Sceptyków odsyłam do najlepszego polskiego źródła w temacie globalnego ocieplenia (czytaj więcej).