Unia Europejska permanentnie zmaga się z kryzysami (deficytem demokracji, strefy euro, migracyjnym, finansowym, gospodarczym, systemu bezpieczeństwa, przywództwa, wizji przyszłości) i niewielką skutecznością ich rozwiązywania.

W związku z tym od lat słyszymy wypowiedzi polityków, że Unię Europejską należy zreformować. Tylko że każdy widzi ją inaczej. Liberałowie chcą superpaństwa, natomiast konserwatyści zrzeszenia państw narodowych.

Wielkie nadzieje wiązane były z eurowyborami w 2019 r. Wielu było przekonanych, że przeorzą one układ sił w Parlamencie Europejskim i do głosu dojdą eurosceptycy. Unijni technokraci obawiali się, że eurosceptycy mogą zdobyć ponad 30 proc., mandatów, co czyniłoby z nich największą siłę w europarlamencie. Nic takiego się nie stało. Partie antyunijne zdobyły łącznie 23,3 proc. miejsc czyli o 3,2 proc. więcej niż w poprzednim rozdaniu. Siłom proeuropejskim udało się uniknąć porażki i wciąż posiadają 2/3 miejsc. Okazało się, że poza niewielkimi przetasowaniami niewiele się zmieniło w układzie sił w Parlamencie Europejskim.

Skutek jest taki, że gdy wybuchła pandemia, kolejny raz okazało się, że Unia zawiodła. Nie sprawdziła się w walce z chińską zarazą. Okazała się bezradna i niepotrzebna.

Gdy tylko uda się opanować chińską zarazę Emanuel Macron i Angela Merkel jako przyczynę niesprawdzenia się Unii w czasie pandemii ogłoszą, iż jej przyczyną były zbyt małe kompetencje i zażądają od państw członkowskich przekazania jeszcze szerszego ich zakresu do Brukseli. Idea superpaństwa będzie kontynuowana.

Coraz głośniej w Polsce politycy prawicy mówią o reformie Unii. Zastanawiam się co stoi na przeszkodzie by z krajami Grupy Wyszehradzkiej zrobić projekt reformy i przedstawić ją w Parlamencie Europejskim? Polska powinna być asertywna. Dlaczego czekają, aż zrobią to Niemcy i Francuzi? Mając własny projekt można dyskutować z innymi propozycjami.

Tym bardziej jest to wskazane, że członków starej Unii irytuje to, iż Polska dąży do tego by być traktowana podmiotowo, a nie przedmiotowo. Chce zostać liczącym się krajem mającym wpływ na rozwój wydarzeń.

Gdy tylko zaczęliśmy wybijać się na rzeczywistą niezależność zostaliśmy wyrzutkiem Europy. Zaczęto oskarżać nas o łamanie praworządności, odchodzenie od zasad demokracji, gloryfikowanie populizmu, nacjonalizmu i klerykalizm. Nagle zaczęliśmy zagrażać wolności i postępowi panującymi w Unii.

Możemy mieć własne zdanie, ale musi ono być zgodne z niemieckim i francuskim.

Nie chcą Polski konkurencyjnej, silnej, niezależnej i podmiotowej. Ma być taka jak za czasów Tuska, bez jakichkolwiek dążeń do podmiotowości i dbania o interes Polaków i Polski. Całkowicie podporządkowana decydentom unijnym przy pozorach niezależności i suwerenności ma zostać jedynie wielkim rynkiem zbytu i zasobami taniej siły roboczej.

Dlatego w sposób zawoalowany prowadzona jest z nami bezpardonowa wojna.
Służą temu uruchomienie art. 7, wyrok TSUE i rezolucje potępiające Polskę.

Jerzy Lubach, w artykule „Lepiej już było” ( „GPc”, 03.04.2020) pisze: „Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, że nie tylko rząd w Polsce, lecz także w kilku innych krajach członkowskich przestanie się wreszcie liczyć z jakimikolwiek narzucanymi przez Unię Europejską absurdalnymi zarządzeniami. Na miejscu polskiego premiera w obliczu spodziewanego gwałtownego wzrostu bezrobocia już bym szykował mnóstwo miejsc pracy przy wyrębie zarażonych dzięki „euroekologii” drzew w Puszczy Białowieskiej. No i miał w nosie problem rzekomego globalnego ocieplenia, ignorując wszystkie „zielone” wymogi unijne niszczące w istocie polską gospodarkę”.

Z kolei Paweł Lisicki w felietonie „Koniec pewnej epoki” („Do Rzeczy”, 06.04.2020, nr 15) proponuje: „Zdrowy rozsadek podpowiada, że na śmietniku historii powinny wylądować słynna polityka neutralności klimatycznej i inne brukselskie pomysły. Ktoś kto walczy o przetrwanie – a w takim stanie znajdzie się gospodarka wielu państw europejskich – powinien być w mniejszym stopniu gotów uciekać się do wszelkich, globalnych, utopijnych projektów. Sama konieczność wymusi większy rozsądek”.

Tylko, że wcześniej trzeba byłoby dogadać się z państwami Grupy Wyszehradzkiej i wspólnie odrzucić utopijne projekty, w co osobiście nie wierzę. W innym wypadku samotne pójście na wojnę z Unią nie ma sensu. Przy 90 proc. poparciu polskiego społeczeństwa dla członkostwa unijnego jakoś nie widzę, by premier M. Morawiecki i J. Kaczyński mając związane ręce na to się zdecydowali.

Jedynie co mogą zrobić, to z Grupą Wyszehradzką przedstawić własny plan reformy Unii i twardo go bronić.

Foto: internet