Ostatnie dni wakacji. Korzystamy jeszcze z uroków lata. Ale w głowie coraz bardziej siedzi już nowy rok szkolny. Który co nam przyniesie? Zmiany, zmiany…

Patrząc z perspektywy belferskiej: głośne, acz mało zadowalające podwyżki, ciche, ale za to rewolucyjne zmiany w awansie nauczycielskim, tzw. „godziny dostępności” (zwane też „czarnkowymi”), a – jeśli chodzi o historyków – przede wszystkim nowy przedmiot – „HiT”!

„Historia i Teraźniejszość”.

Czy będzie to tegoroczny szkolny HIT? Wielu uczniów, rodziców, nauczycieli zadaje sobie to pytanie. I jako że lekcje z tegoż przedmiotu prowadzić przyjdzie nauczycielom historii i wos-u, coraz częściej również i ja podpytywany jestem o HiT. A przede wszystkim o słynny, medialny podręcznik autorstwa prof. Roszkowskiego.

I to zrozumiałe. Książka ta jest już tak „rozreklamowana” w mediach, jak może żaden inny w dziejach polskiego szkolnictwa podręcznik. Oczywiście nie ma co udawać – wybronić raczej się go nie da.

Nie będę co prawda ukrywał, że widziałem tylko fragmenty rzeczonego dzieła (urywki krążące w sieci) oraz przeczytałem kilka opinii w prasie i Internecie. Ale już i na tej podstawie jakieś swoje zdanie sobie wyrobiłem. Jednak nie mam zamiaru powtarzać się za licznymi już recenzjami, jakie można tu i ówdzie przeczytać. Krótko tylko:

Wyrazista warstwa ideologiczna, skrajna stronniczość autora, absolutnie nie-podręcznikowy styl pisarstwa, nieprzejrzysty układ książki – to cechy, które dyskwalifikują ją jako szkolny podręcznik.

Jak trafnie napisał pewien dziennikarz (artykuł nie podpisany, na portalu „rodzice.pl”), „autor postanowił umieścić w szkolnym podręczniku treści, które zdaniem ekspertów niekiedy bardziej przypominają subiektywny felieton niż obiektywną książkę do nauki. Zagłębiając się w lekturze, trudno nie odnieść wrażenia, że prof. Roszkowski usiłuje narzucić swój punkt widzenia, zgodny przede wszystkim z jego osobistymi opiniami”.

W zasadzie jednak – czym się przejmować?! Uczyć można i bez podręcznika (choć wymaga to trochę „zachodu”). A poza tym drugi, alternatywny podręcznik ma już gotowy WSiP!

Tyle, że to szacowne wydawnictwo wciąż jeszcze … czeka na numer dopuszczenia do użytku szkolnego! Ma dostać go na dniach (nawet dziś – 29 sierpnia). A dlaczego ministerstwo do ostatniej chwili zwlekało z przyznaniem dopuszczenia? Cóż. Dobre pytanie…

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1409602%2Cszef-mein-w-poniedzialek-bedzie-wydana-zgoda-dla-podrecznika-do-hit

Poważniejszą jednak – sądzę – sprawą jest w nowym przedmiocie co innego.

Po pierwsze w ogóle jego sensowność – to, czy istotnie uzasadnione jest wyciąganie z istniejącego już, poważnego przecież przedmiotu, jakim była i jest historia, części treści, a następnie bardzo dogłębne „wałkowanie” z młodzieżą tegoż określonego wycinka dziejów.

Po drugie – jeśli już to uczyniono – podstawa programowa. A w zasadzie to, czego w niej nie ma lub potraktowane zostało zdawkowo. A to niemało ważnych treści, które były objęte programem wos-u.

Spójrzmy bowiem szerzej na nowy przedmiot. Ma on zastąpić w zakresie podstawowym wiedzę o społeczeństwie (dla uczniów nie rozszerzających tego przedmiotu „pod maturę”). I zagadnienia z dawnego wos-u rzeczywiście znalazły się w podstawie programowej HiT-u. Czytamy w rozporządzeniu ministerialnym, że „historia i teraźniejszość to przedmiot interdyscyplinarny łączący wiedzę o życiu społecznym człowieka i jego głównych instytucjach z wiedzą o najnowszych dziejach Polski i świata”. Tyle, że to pierwsze (wiedza o życiu społecznym i instytucjach) zostało w porównaniu z wos-em bardzo mocno „odchudzone”, a zdecydowanie większa uwaga poświęcona jest historii najnowszej (po roku 1945). Tę z kolei „podebrano” z przedmiotu „historia” (ją tym samym nieco uszczuplając) i bardzo mocno się w nią zagłębiono.

Motywem, który skłonił władzę do takiego zabiegu była taka oto okoliczność, że zazwyczaj w szkole „nie zdąża” się porządnie przerobić ostatnich rozdziałów historii w klasach kończących szkołę (o ile uczniowie nie uczą się jej do matury) i w efekcie młodzi (a później nieco starsi) ludzie nic niemal nie wiedzą o historii najnowszej.

I faktycznie generalnie rzecz ujmując, coś w tym jest. Lecz gdyby już bardziej szczegółowo przyjrzeć się sprawie, to okaże się ona nie być tak oczywista. Pierwszy rocznik odnowionego czteroletniego liceum dopiero przecież w tym roku szkolnym będzie omawiał historię najnowszą, a wcześniejsze – gimnazjalne – miały ją w pierwszej klasie trzyletniego liceum, nie bardzo więc można powiedzieć, że „nie zdążały się” tych treści nauczyć. Problem nieznajomości najnowszej historii przez wielu Polaków tkwi więc najwyraźniej gdzie indziej. Gdzie – to osobny temat, ale – tak czy inaczej – wyciąganie tych treści z przedmiotu „historia” i pakowanie go do innego „worka” niekoniecznie tutaj pomoże.

Co jednak jeszcze gorsze, za sprawą dokonanej – nazwijmy ją – mini-reformy nauczania historii najnowszej w szkołach średnich, z programu szkolnego wyleciała w ogóle spora część wartościowych, interesujących młodzież oraz szczególnie w obecnym świecie ważnych zagadnień.

Weźmy choćby arcyważną – dawniej i niestety nadal – sprawę, jaką są prawa człowieka. W podstawie HiS-u co prawda pojawiają się, ale mocno „odchudzone”. Dawniej – w ramach wos-u – zajmowały jeden osobny punkt (w podręczniku zazwyczaj był to dział); obecnie dwa podpunkty w pierwszym dziale, który w znacznie pomniejszonym zakresie obejmuje sporą część dawnego wos-u.

Dlaczego rządzący nie są zainteresowani tym, aby młodzież dogłębnie zapoznała się z zagadnieniem praw człowieka? Ich ochroną, naruszaniem i łamaniem? Dobre pytanie…

Z kolei inne zagadnienie – społeczeństwo obywatelskie (w tym np. organizacje pozarządowe czy formy buntu społecznego) – wplecione zostało w opis wydarzeń historycznych, przez co zdaje się być słabo uwypuklone. A takie choćby nieposłuszeństwo obywatelskie zniknęło z podstawy w ogóle!

Dalej media. Niby gdzieś tam jest wpleciona „czwarta władza”. Ale znowuż – krótko; byle się za bardzo nie zagłębić. A przecież w dobie ostatnich wydarzeń media pokazały jaką stanowią siłę! Jak perfekcyjnie manipulują całymi społeczeństwami! I na wos-ie zawsze były ważnym elementem programu (pamiętacie klasyczne „prasówki”?). W HiS-ie bardzo je okrojono. A tak istotna krytyczna analiza przekazów medialnych nie pojawia się w ogóle. Czy to przypadek?

Zdawkowo mowa jest o ustroju; bez bliższego przyjrzenia się realiom ustrojowym naszego państwa – z pominięciem systemu wyborczego, elementów demokracji bezpośredniej, systemu partyjnego. A to młodzież, często już z niecierpliwością czekającą, by móc brać czynny udział w wyborach, nierzadko interesuje i jest dla niej ważne.

Zupełnie w podstawie programowej „historii i teraźniejszości” brakło mniejszości narodowych. Naród jest – jak najbardziej. Ale o zamieszkujących nasz kraj mniejszościach – nic bliżej.

Tyle istotnych spraw. Czy o nich nie uczyć? Czy starać się wcisnąć między Gomułkę a Balcerowicza? Czy może pozostawić sobie je na godzinę wychowawczą (o ile akurat mamy w danej klasie wychowawstwo). Trudna sprawa.

I pytanie się narzuca znowu i cały czas? Czemu te treści spłycono lub pominięto? Przypadkowo?

Jest oczywiście i sporo nowoczesnych „kwiatków”, jak „ekologizm”, „islamizm”, „wojna hybrydowa”, naturalnie – katastrofa smoleńska, no i „nowe formy rosyjskiego imperializmu”. Generalnie jednak rzecz biorąc, z racji na dość duży stopień ogólności podstawy programowej, nie daje się bardzo odczuć jakiegoś nacechowania ideologicznego. Oczywiście jest ono wyczuwalne, ale moim zdaniem – przy rozsądnie prowadzonych lekcjach i dobrym podręczniku – da się zachować odpowiedni dystans i obiektywizm. Gorzej z tym, co władza postanowiła w ogóle uczniom z programu zabrać, zapychając w zamian głowy bardzo szczegółowymi faktami historycznymi, które w rozsądnej dawce znajdowały się już w podstawie przedmiotu historia.

Oczywiście – jak zawsze – damy sobie radę. Będzie dobrze. Koniec końców najważniejszą rolę w procesie nauczania odgrywa i tak nauczyciel przy tablicy.

No i byle nie znowu na „zdalnych”…