Powojenna ewolucja „Doktryny Zachodu” ma to do siebie, że doświadczenia kolonialne, II Wojna Światowa i Holocaust i Wojna Wietnamska odłożyły się w świadomości kolektywnego Zachodu w taki sposób, że – jak to mówi mój znajomy psycholog Paweł Droździak – mamy do czynienia z wewnątrzkulturowym wyparciem pierwiastka męskiego (sprawstwo, nieustępliwość, konkurencja, własność, siła, Logos) na rzecz pierwiastka żeńskiego (akceptacja, troska, bezinteresowna opieka i miłość, współdziałanie, powstrzymywanie się od działania, Eros).

Jednym słowem – imaginarium matriarchalne zaczęło wypierać imaginarium patriarchalne, co zaczęło się już w epoce subkultury beatników, rozwinęło w czasach new-age i hippisów i osiągnęło obecne apogeum w postaci ideologii przebudzenia („woke”) kwestionującej całość łacińskiego dziedzictwa Zachodu. Przewaga została utożsamiona z niesprawiedliwością, sukces z wyzyskiem, norma z opresją.

Problem z tą ideologią jest jednak taki, że ona może funkcjonować jedynie w wymiarze totalnym. Pojawienie się jakiegokolwiek antagonistycznego ośrodka siły natychmiast podważa sensowność jej założeń. Kraj bezbronny nie obroni się przed krajem uzbrojonym. Kraj uprzemysłowiony przejmie kontrolę nad krajem przemysłu pozbawionym. Kraj biedny nie oprze się sile potęg finansowych.

Doktryna współczesnego Zachodu zawiera w sobie sprzeczność wymuszającą jej uniwersalistyczną totalność. Albo wszystkie kraje świata ugną się i zaakceptują narzucone przez Zachód zasady, albo Zachód musi sprzeniewierzać się swojej wewnętrznej logice, aby się przed nimi bronić, gdyż jeśli tylko urosną w siłę – nie mógłby się przed nimi obronić, gdyby się do własnych zasad w pełni stosował.

Sprzeczność ta jest szczególnie widoczna w krajach frontowych, takich jak Polska. Nasze doświadczenie historyczne uczy, że możemy zachować podmiotowość jedynie dysponując siłą. Przez siłę rozumie się tu siłę własnej gospodarki, pieniądza i armii, ale też siłę „ducha” – wszystko to, co jest zawarte w takich hasłach jak: „suwerenność”, „patriotyzm”, „honor”, „ojczyzna”, „polskość”, itd.

Ten rys patriarchalny jest w sprzeczności z coraz bardziej matriarchalną doktryną Zachodu. Prawica ma tu pełną jasność, że nasza frontowa sytuacja wymaga zasadniczego wzmocnienia kraju, podczas gdy prozachodnie elity taki wariant kontestują i zgodnie z Doktryną Zachodu w jego miejsce suflują „federalizację europejską”, czyli wariant, w którym nasz kraj jak gdyby zachowa bezpieczeństwo, ale już nie własną siłą, lecz siłą „kolektywnego Zachodu”.

Zauważam, że w narracji elit liberalnych w ogóle nie ma żadnej refleksji nad strukturalnymi problemami Doktryny Zachodu: jak budować ów przyjazny, opiekuńczy, zatroskany o prawa ludzi i przyrody świat nie dysponując własnym przemysłem, ograniczając konsumpcję, przeciwdziałając zbrojeniom, dławiąc rolnictwo, itd.

Bez echa w polskich mediach głównego nurtu w Unii Europejskiej szybko zachodzi przechodzenie do modelu „degrowth”, czyli gospodarki cyklicznej, nieopartej na wzroście. Na poświęconej temu prestiżowej konferencji, która odbyła się niedawno w Parlamencie Europejskim, zaszczyconej przez samą Ursulę von der Leyen, jako gość honorowa i swego rodzaju „gwiazda wieczoru” wystąpiła Vendana Shiva – hinduska szarlatanka ekologiczna, której „antywzrostowych” rad posłuchał rząd Sri Lanki, co doprowadziło ten kraj do katastrofy głodu i wieloletniej zapaści. Nie spotkało się to z najmniejszą choćby refleksją ze strony wiodących liberalno-lewicowych mediów na kontynencie.

Liberalne elity za swoje przyjęły bez mała wszystkie utopijne i antyrozwojowe postulaty środowisk radykalnej lewicy, co m.in. stale blokuje rozwój energetyki jądrowej na Zachodzie i w ogóle wytwarza system jak w piosence „Kultu”:

Bo im tylko o to chodzi
Abyś sam nie mógł myśleć
Abyś sam nie mógł chodzić
Abyś sam sobie szkodził

Napotyka to na reakcje części zachodniej prawicy, która w autorytarnej Rosji i Kościele prawosławnym zaczęła dostrzegać „katechona” – obrońcę przed „Antychrystem”, ostatnią nadzieję chrześcijaństwa a wojnę na Ukrainie widzi jako manichejskie zderzenie dwóch światów, w którym jedynie porażka Zachodu może przywrócić konieczną równowagę.

Ma rację Paweł Droździak twierdząc, że na tym konflikcie żerują takie kraje jak Rosja czy Chiny. Ma rację, że kraje te wytworzyły ogromny, złożony, wielopiętrowy system wspierania skrajnych ideologii i ich „zaszczepiania” na Zachodzie – system który stał się częścią naszego systemu, przerósł go, oplótł i stał się z nim tożsamy. Ale ponieważ po II Wojnie Światowej na Zachodzie zwycięża matriarchat, to taki Noam Chomsky cieszy się ogromną estymą wśród zachodnich elit, podczas gdy taki Jordan Peterson został przez nie praktycznie odrzucony. Jest tak dlatego, gdyż (w uproszczeniu) Jordan Peterson mówi nam, że aby żyć jak człowiek powinniśmy utrzymać wewnętrzną dyscyplinę, wzmocnić się i jeść mięso, podczas gdy Noam Chomski mówi, że wręcz przeciwnie.

Chociaż zarówno Peterson jak Chomski – każdy na swój sposób – wspierają Rosję w sprawie obecnej wojny na Ukrainie, to żaden z nich nie jest przecież „ruskim agentem”. A jednak narracja i jednego i drugiego Rosji służy i Rosja i jedną i drugą narrację „podbija” starając się obrócić ją na swoją korzyść.

Polska prawica – twierdzi Paweł Droździak – tego nie rozumie i chciałaby idiotycznie swoją „komisją d/s wpływów” takie problemy rozwiązywać, podczas gdy to nie są problemy dla komisji śledczych, ale dla kulturoznawców, a sam problem rosyjskiego czy chińskiego wpływu jest po prostu problemem Zachodu, a nie tylko Polski. My jedynie lepiej go widzimy, bo jesteśmy wciąż słabym krajem frontowym targanym przez wpływy globalne.

Czy jednak naprawdę nie mamy wyjścia? Sam Paweł Droździak doskonale rozumie, że żadna „komisja kulturologów” się nie zbierze i spraw tych uczciwie nie rozsądzi. Sam Paweł Droździak widzi doskonale, że nie ma ani w Unii Europejskiej, ani w NATO żadnej woli ku temu, żeby poddać się autorefleksji i zastanowić nad systemowymi podstawami „wpływów rosyjskich”.

Woli takiej nie ma i nie będzie, gdyż taka autorefleksja musiałby uderzyć w samo serce Doktryny Zachodu – jej własną wewnętrzną sprzeczność, która sprowadza się do następującej tezy:

„Skoro nie możemy mieć pewności, że silni będą zawsze skłonni powstrzymywać się od przemocy, to musimy wszystkich uczynić jednakowo słabymi”.

Zachód nie chce o tym mówić. Zachód nie chce o tym nawet myśleć.