Za dzieciaka to było tak:

Saletrę kupowało się w sklepie spożywczym („Jutrzenka” się nazywał, w piątki pół miasteczka stało do niego w kolejce za chlebem).
Mieszaliśmy tę saletrę z cukrem.
W puszce po dezodorancie robiło się dziurę od spodu gwoździem. Saletrę z cukrem wsypywało się do środka. Jak był sznurek, to się robiło lont. A jak nie, to podpaloną zapałkę od razu w tę dziurę od spodu…

Trzeba było szybko uciekać.

Zabawa nie do wyobrażenia dla dzisiejszych dzieci, które nie mają już band, nie prowadzą wojen w okopach, a Boka, Gereb i Nemeczek do niczego już nie prowokują.

Chociaż wciąż wzruszają. To dobrze.

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich dzieci.