Uważam, że ostatnie 35 lat były najdłuższym dobrym okresem w najnowszej historii Polski. Ktoś inny może oceniać to inaczej, ale w moim przekonaniu całkowicie zmarnowaliśmy ten czas. Za cenę wzrostu PKB zniszczyliśmy sobie społeczeństwo.
Odpowiedzialni za to są nasi przywódcy. Bo ja bardzo źle oceniam polskie elity. Nie tylko polityczne, gdyż taki sam stosunek mam do sędziów, profesorów, aktorów, dziennikarzy i innych pisarzy. I nie ma co się obrażać, gdyż oczywiście nie traktuję tego w kategorii indywidualnej, ale zbiorowej. Jako grupa społeczna powinni odegrać ważną rolę w wolnej Polsce, ale do niej nie dorośli.
Elitarność reprezentatywna
W czasach komunizmu przyzwyczajono nasze elity do tego, że ich elitarność jest wyłącznie reprezentatywna. Otrzymywały zresztą za pełnienie roli dekoracji godziwe wynagrodzenia. I chyba im było z tym dobrze.
Po upadku komunizmu odzyskały wprawdzie sprawczość, ale wykorzystały ją wyłącznie do zabezpieczenia swojej osobistej pozycji. Nie poczuły się odpowiedzialne za społeczeństwo. A tak właśnie należy rozumieć elitarność. Dlatego nadal jesteśmy społeczeństwem bez elit.
Wśród wielu wad polskiego establishmentu na pierwsze miejsce wysuwa się brak samodzielności. Dlatego, używając w stosunku do nich słowa „przywódcy”, zawsze mam poczucie, że wychodzi mi z tego kpina. Niesamodzielność jest przecież zaprzeczeniem przywództwa.
W czasie, gdy powinni wykorzystać lukę wolności, aby udowodnić, że jesteśmy społeczeństwem zdolnym do samodzielności – oni uparcie czepiają się klamki obcych mocarstw w przekonaniu, że one lepiej wiedzą, co jest dla nas dobre, niż my sami.
W tym miejscu dotarliśmy więc do rozwidlenia. Z jednej strony musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego nasze elity takie są, a z drugiej: czy obce mocarstwa chcą naszego dobra. Muszę więc na chwilę skierować moje wyjaśnienia w dwie różne strony, ale wciąż chodzi o to samo.
Ucieczka od wolności
Po pierwsze należy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nasze elity takie są i zmarnowały ten krótki moment wolności, który nam dano. Odpowiedź jest prosta: bowiem mechanizmy awansu społecznego, które wyłaniają u nas elity, preferują niesamodzielność.
Po komunizmie pozostawiono państwo, w którym drogą do kariery było subiektywne uznanie zwierzchnika. Nie mają natomiast znaczenia wykształcenie, umiejętności ani realne osiągnięcia. Nie ma więc sensu się wysilać. Dużo łatwiej jest bowiem zyskać akceptację i poparcie zwierzchnika poprzez bierność i uległość.
Nie próbowano tego zmienić, gdyż nikt nie widzi w tym nic złego. W konsekwencji jednak powstała sytuacja, że w katedrze pedagogiki zarządzanej przez profesora, który uważa, że poziom edukacji podwyższa się poprzez obniżanie wymagań – nigdy nie pojawi się ktokolwiek, kto zakwestionuje ten pogląd. Będzie więc to już na zawsze jedyna nasza prawda naukowa.
To nie jest błąd, gdyż tak właśnie skonstruowany jest ten system. Jeżeli bowiem w formalne wymagania naboru i awansu wpisane są wyłącznie minimalne wymagania, które spełniają wszyscy kandydaci, to znaczy, że najwyższe osiągnięcia nie gwarantują sukcesu. Ostatecznym kryterium awansu pozostaje więc subiektywna ocena decydentów.
Typ lokajski, czyli macho dla ubogich
Nie jest więc prawdą, że karierę w naszym kraju robią ludzie o osobowości macho. Wręcz przeciwnie – najszybciej awansują ludzie typu lokaj: uniżeni wobec przełożonych i bezwzględni wobec podwładnych. Niech będzie, że są to macho, ale dla ubogich.
Jestem pewien, że takie same mechanizmy działają w naszych partiach politycznych, tym bardziej że mamy niby demokrację, ale wewnątrzpartyjne mechanizmy są nietransparentne i biurokratyczne. To przekonuje mnie, że wszyscy nasi partyjni liderzy nie awansowali dzięki sile charakteru, ale dzięki uległości i posłuszeństwu wobec liderów partyjnych.
Gdy więc tacy ludzie, po wieloletnim mozolnym pięciu się w górę dzięki ostentacyjnej niesamodzielności, znajdą się wreszcie na szczycie, nie wierzę, aby z dnia na dzień przemienili się w ludzi zdolnych do podejmowania samodzielnych i trudnych decyzji. Nie mając już patronów w kraju – szukają ich za granicą, aby zdjąć z siebie ciężar podejmowania samodzielnych decyzji.
Piękna hierarchia
W konsekwencji czepiają się klamki obcych mocarstw i są przy tym szczerze przekonani, że jest to najlepsze, co mogą dla Polski zrobić. Bo co innego mogą zrobić? Dokładnie tak samo myśleli starzy komuniści, których winą było tylko to, że postawili na niewłaściwego patrona.
I z tego wyłania się nam piękna hierarchia jakościowa naszych elit. Nie opiera się ona na ich własnej wartości, ale na ocenie ich zagranicznego patrona. Tak właśnie działa mentalność lokajska.
Więc kto jest dla Polski lepszy: Rosja/ZSRR, Unia Europejska/Niemcy czy Stany Zjednoczone? No kto?
Druga strona rozwidlenia
Teraz więc wypada wrócić do naszego rozwidlenia i pójść w drugą stronę. Otóż ja nie wierzę, aby którekolwiek mocarstwo działało w naszym interesie. Ich celem jest wycisnąć, wyssać i wypluć mniejsze państwa. Mają też doskonałe uzasadnienie dla tego typu postępowania, bo działają w wyższym interesie. Nawet gdyby chciały – nie mogą poświęcać uwagi jakiemuś pomniejszemu sojusznikowi, nawet najwierniejszemu, tracąc z oczu światowe dobro.
Dlatego wykorzystują swoich sojuszników do wyczerpania, a następnie odstawiają jako bezużytecznych. Nie ma wielkiej różnicy między Stanami Zjednoczonymi, Chinami, dawną Rosją czy starożytnym Rzymem, gdyż taka jest filozofia każdego mocarstwa. Usprawiedliwieniem dla takiego postępowania jest wielkość, która przechodzi w jakość.
Ja tak to widzę. Natomiast ludzie typu lokajskiego widzą to inaczej. Nawet jeżeli mają świadomość, że są wykorzystywani – wierzą, że robią to w słusznej sprawie. Bo służą dobremu mocarstwu. W ten sposób wspierają tworzenie sprawiedliwego ładu światowego. I nawet gdyby im przyszło polec…
Sukces zapisany patykiem na piasku
W ten właśnie sposób zmarnowaliśmy najlepszy okres w naszej historii. Bo czas nam darowany bez wątpienia się kończy. Widać już, że świat, który zatrzymał się na chwilę – ponownie ruszył. A my w tym czasie nie zbudowaliśmy niczego trwałego.
Miarą naszego sukcesu ma być natomiast to, że pozwolono naszym przywódcom stanąć w jednym szeregu ze światowymi przywódcami, gdyż jesteśmy członkiem UE i NATO oraz sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Dla mnie jest to sukces pisany patykiem na piasku, a rezygnacja z suwerenności dla takiego pozornego prestiżu – narodową tragedią.
I tak sobie myślę, że ja mam gorzej od tych, którzy wierzą, że prestiż jest potwierdzeniem naszego realnego sukcesu. Bo ja w to nie wierzę i czuję tylko wstyd, że okazaliśmy się najgorszym pokoleniem w całej naszej historii. I nie odnoszę tego wyłącznie do liberalnej lewicy. Tak samo myślę o patriotycznej prawicy.
Zostaw komentarz