Czyli o „poziymce”, co nazwisko straciła, i truskawce, co zrobiła karierę
I jak to w połowie czerwca bywa, na straganie leży truskawka. Nie jedna, nie dwie, ale całe czerwone wojsko w łubiankach, kartonikach, skrzynkach i kobiałkach. Liczona jest poważnie, po dorosłemu, w kilogramach. Pani pyta: „Ile zważyć?”. Człowiek patrzy i wie, że pół kilograma to za mało, kilogram to rozsądek, a dwa kilo to już plan na kompot, koktajl, placek i podjadanie po drodze.
Obok, trochę z boku, jak uboga krewna z dobrego domu, stoi przezroczysty słoik po kompocie udający litrową miarkę, i metalowa ćwierćlitrowy „gårcuś”, czyli krakowska kwaterka. A w nich poziomki, czyli dawne krakoskie „poziymki”. Nie liczone w kilogramach, bo to byłoby wobec nich grubiaństwo. Liczy się je właśnie od kwaterki albo od litry, jak dawniej na placu, kiedy jeszcze miara była miarą, a nie kodem kreskowym.
I te poziymki patrzą z tych swoich miarek na truskawki. Patrzą na ich czerwone boki, na ich wielkość, na ich pychę straganową, na to ważenie po kilogramach, i myślą sobie pewnie: „No, no. Patrzcie je. Jeszcze niedawno nie miały nawet własnego imienia, a dziś robią za królowe czerwca”.
Bo to jest historia, proszę państwa, z gatunku tych, które człowiekowi mogą zepsuć spokój przy misce truskawek ze śmietaną. A przecież przy misce truskawek człowiek powinien mieć spokój, łyżkę i trochę cukru. Nic więcej. Tymczasem język, jak to język, potrafi wejść do kuchni bez pukania i powiedzieć: „Zaraz, zaraz, a czy wy wiecie, co właściwie jecie?”
No więc jemy truskawkę. Ale truskawka, jaką dziś znamy, nie jest żadną średniowieczną panną z polskiego lasu. To owoc późniejszy, mieszaniec, który pojawił się dopiero w XVIII wieku z amerykańskich kuzynek poziomki: jednej wirginijskiej, z Ameryki Północnej, drugiej chilijskiej, z Ameryki Południowej. Gdzieś w europejskich ogrodach te dwie światowe panny stanęły obok siebie, owady zrobiły swoje, botanicy potem pokiwali głowami, i tak narodziła się truskawka ogrodowa, czyli Fragaria × ananassa. Jej mieszańcowe pochodzenie opisał francuski botanik Antoine Nicolas Duchesne. Taka córka panien z dalekich stron urosła, zaczerwieniła się, rozparła na straganach i powiedziała: „Teraz ja”.

Poziomka wirginijska + poziomka chilijska = truskawka ogrodowa. Prosta krzyżówka, z której narodziła się królowa czerwcowych straganów.
I język polski, zamiast ją posadzić gdzieś z boku i kazać czekać na własne nazwisko, przypisał ją do dawnego rodu. A jak to nieraz bywało, gdy ktoś nowy wchodził między starych, dał jej nazwisko już znane. Bardzo stare. Bo truskawkami w dawnej polszczyźnie, tej sprzed wielkiej kariery czerwonej panny ogrodowej, nazywano nie dzisiejsze truskawki, ale poziomki. Te małe, leśne, łąkowe, pachnące tak, że człowiek nie wiedział, czy ma je zjeść, czy najpierw powąchać i westchnąć.
Średniowieczna truskawka była więc poziomką. A dzisiejsza poziomka była dawną truskawką.
I proszę tu teraz nie udawać, że wszystko jest proste. Bo nie jest. W języku rzadko co jest proste, chyba że człowiek sam sobie uprości, a potem chodzi dumny, że zrozumiał.
Sama nazwa „truskawka” ma być od truskania, trzaskania, kruszenia, chrustania. Od tego, że roślina była krucha, łamliwa, że coś tam pod palcami mogło trzeszczeć, pękać, łamać się cichutko. Uczony powie: od „trusku”, szelestu, trzasku. Człowiek prostszy powie: „aaa, czyli od takiego drobnego chrupnięcia życia”.
I tu dopiero zaczyna się zabawa, bo truskawka i chrust, choć dziś stoją po dwóch stronach stołu, mają w języku bliskie pokrewieństwo. Jedna prowadzi nas do trusku, trzasku, szelestu i łamliwości, drugi do suchych gałązek, które trzeszczą pod nogą. Obie nazwy kręcą się wokół tego samego: kruchego pękania.
Tyle że w polszczyźnie ogólnej poziomka trzeszczała jako truskawka, a chrust, ten karnawałowy, na talerzu wcale nie wygląda jak chrust, tylko jak powykręcana wstążka posypana cukrem pudrem. Człowiek patrzy na faworki i myśli: gdzie tu las, gdzie suche gałązki, gdzie patyki pod nogami? Toż to kokarda po przejściach, elegancka, cienka, delikatna, jakby ją jakaś hrabina zgubiła w tłuszczu.
A u Krakowiaków porządek był bardziej gospodarski.
Chrust ma trzeszczeć. Jak nie pod nogą w lesie, to przynajmniej w zębach w zapusty. Po to jest chrust, żeby człowiek usłyszał, że żyje. Chrupnie, cukier puder poleci na kamizelkę, baba krzyknie, że znowu człowiek się usypał jak młynarz, i wszystko jest na swoim miejscu.
A poziymka? Poziymka nie musi niczego trzaskać. Ona nie robi hałasu. Ona się „plezie po ziymi”. Cicho, delikatnie, między trawą, mchem, liśćmi, po skraju lasu, po polanie, pod krzakiem, tam gdzie dziecko musi się schylić, przykucnąć, odgarnąć źdźbło i dopiero zobaczyć czerwony punkcik szczęścia.
Dlatego Krakowiak mógł popatrzeć na uczone truskanie i powiedzieć: „Poczkojcie ino. Jak sie plezie „po ziymi”, znacy sie poziymka. A jak kómu trzasko, to niech se idzie po chrust”.
I w tym jednym zdaniu jest więcej zdrowego rozsądku niż w niejednym wielkim traktacie. Bo język ludowy często nie filozofuje, tylko patrzy. Nie kombinuje, tylko nazywa. Jak coś rośnie przy ziemi, to jest poziomka. Jak się płoży, pełznie, plezie, to jest poziymka. Jak chrupie w zębach, to jest chrust. Jak pachnie lasem, to niech człowiek nie przeszkadza.
A potem przyszła nowa truskawka. Duża, czerwona, ogrodowa, pańska. Taka, co nie kryje się w trawie, tylko leży na straganie i czeka, aż ją zważą. Można ją kupić kilogramami, można wrzucić do garnka, zasypać cukrem, zrobić dżem, kompot, koktajl, nalewkę, konfiturę, a nawet zamrozić na zimę, żeby w lutym udawać, że czerwiec da się przechować w szufladzie zamrażarki.
Poziymka tak nie działa. Poziymki się nie kupuje jak ziemniaki. Poziymkę się znajduje. Ona jest nagrodą za schylenie karku, za cierpliwość, za oko dziecka albo starego zbieracza. Można ją mieć od kwaterki, od pół litry, od litry, ale nawet litra poziymek to nie jest zwykły zakup. To jest wydarzenie. Bo ktoś musiał chodzić, szukać, schylać się, odsuwać liście, uważać na mrówki, komary i pokrzywy. Truskawka przyjeżdża na stragan. Poziymka przychodzi z lasu.
I tu właśnie widać, że truskawka zrobiła karierę.
Najpierw dostała cudze nazwisko. Potem urosła. Potem weszła do ogrodów, na targi, do cukierni, do reklam, do jogurtów, do lodów, do czekolad i do wszystkich tych rzeczy, które mają na opakowaniu wielką truskawkę, a w środku smak jak wspomnienie po sąsiedzie, którego nikt już nie pamięta.
A poziymka kariery nie zrobiła. Ona została sobą.
Mała, nisko przy ziemi, delikatna, nie do wożenia tirem, nie do ważenia tonami, nie do robienia z niej przemysłowej czerwoności. Poziymka nie nadaje się na celebrytkę. Za drobna. Za cicha. Za uczciwa. Ona nawet jak pachnie, to nie krzyczy. Tylko człowiek nagle staje, czuje ten zapach i już wie, że gdzieś tu jest las, lato i dzieciństwo.
A dzieciństwo, jak wiadomo, też nie przychodzi kilogramami. Przychodzi od kwaterki. Albo od jednej czerwonej poziymki znalezionej pod liściem.
Dawniej człowiek nie potrzebował aplikacji, żeby zrobić dziesięć tysięcy kroków. Wystarczyło, że ktoś powiedział: „Tam za górką są poziymki”. I już dzieci szły. Przez trawę, przez miedzę, przez las, czasem z kolanami podrapanymi tak, że matka potem tylko ręce załamywała. Ale wracało się bogatym. Nie w pieniądze, nie w kilogramy, tylko w smak. W język czerwony od poziomek. W palce pachnące lasem. W poczucie, że świat ma swoje tajemnice, ale czasem daje je temu, kto umie przykucnąć.
Truskawka jest bardziej demokratyczna. Leży i mówi: „bierzcie mnie, ludzie, jestem dla wszystkich”. I bardzo dobrze, bo bez truskawki czerwiec byłby uboższy. Nie ma co jej odbierać zasług. Ile ona dała radości, ile ciast, ile kompotów, ile koktajli, ile śmietany uratowała przed samotnością, tego nikt nie policzy.
Ale niech truskawka pamięta, że nazwisko ma po poziomce. Tak jak niejeden nuworysz, który w nowym garniturze już zapomniał, z czyjej skrzyni wziął pierwszą koszulę.
I może dlatego dobrze, że u Krakowiaków została poziymka. Bo Krakowiak, zanim coś zmieni, musi się najpierw upewnić, czy świat naprawdę miał rację, że się zmienił. A nawet jak świat miał rację, to Krakowiak i tak zapyta: „A po co?”
I tak się to wszystko w języku poprzekładało. U Krakowiaków poziymka została poziymką, bo plezła po ziymi, a chrust został chrustem, bo chrupał w zębach tak, jak suchy chrust trzeszczy pod nogą w lesie. Gdzie indziej natomiast nazwy zaczęły się przesuwać. Truskawka zastąpiła poziomkę jako nazwa owocu, a faworek zastąpił chrust jako nazwa ciastka.
Jedno i drugie niby niewinne, a jednak pokazuje, że język czasem robi porządki jak gospodyni przed świętami: coś przestawi, coś przemianuje, coś schowa do kredensu, coś ocali w starej szufladzie. A potem wszyscy udają, że tak było od zawsze. I człowiek po pięciuset latach stoi nad miską truskawek i odkrywa, że zjadł właśnie kawałek historii polszczyzny.
Nie wiem, czy od tego truskawki są smaczniejsze. Ale na pewno je się je z większym szacunkiem.
Zwłaszcza gdy obok, w ćwierćlitrowej miarce, siedzi poziymka i patrzy. Mała, cicha, pachnąca. Nie odzywa się, bo nie musi. Ona wie swoje. Wie, że zanim truskawka została królową czerwca, to ona nosiła jej imię. Wie, że była pierwsza. Wie, że prawdziwe szlachectwo nie potrzebuje wielkiej łubianki ani ceny za kilogram.
Wystarczy zapach. Wystarczy smak. Wystarczy, że człowiek się schyli.
Bo truskawkę można kupić. A małą poziymkę trzeba odnaleźć, nawet na straganie.
I może w tym jest cała różnica między karierą a pamięcią.
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz