Mam na imię Aneta. Opowiem swoją historię, bo czemuż bym miała tego nie zrobić. Jak proszą, to nie robię oporów.

Urodziłam się w Krakowie. W domu było biednie, ale nikt głodny nie chodził. Każdy z dzieciaków miał co do brzucha włożyć. Goli nie chodziliśmy, ale rewii mody nikt z nas nie robił, bo wiadomo. Takie to były czasy, że w sklepach puste półki były, albo taki szajs, że wszyscy żeśmy jak bidoki wyglądali. Ojciec chodził do fabryki pracować. Nie pamiętam, co to była za robota, pewnie jakaś fizyczna, bo szkół nie miał. Raz na rano, potem na popołudnie do wieczora chodził. Wracał zmęczony i nigdy nie było wiadomo, w jakim będzie humorze. Najczęściej był już podpity, a wtedy najgorszy. Czepiał się wszystkiego, nic mu nie pasowało i gadał za dużo. Nie, nie był z tych, jak inni. Nie bił, nie darł ryja jak Nowak na trzecim piętrze. Bardziej chodzi o to, że nie dało się z nim porozmawiać. Nie pytał, co w szkole, co u nas. Szedł spać i tyle go było. Matka też pracowała, ale na początku to była w domu. Miała nas troje, to było co robić. Potem w sklepie znalazła pracę. Ciągle zmęczona chodziła, ale to wiadomo, że robota, dom, dzieci, nie da się być zrelaksowanym. Nie mialam źle jako dziecko. Byliśmy biedni, ale tragedii nie było. Wtedy każdy miał niewiele, bo za PRL tylko cwani mieli pieniądze. Skończyłam podstawówkę, potem poszłam do zawodówki na fryzjerkę. Kiedts miałam nawet swój salon, taki mały. Stałe klientki przychodziły, więc nie było źle. Męża poznałam na imprezie u koleżanki. Nie był moim pierwszym, bo wcześniej miałam chłopaków, ale Maciej miał to coś, co mnie w nim ujęło. Był wesoły i spokojny. Lubił żartować i śmiał się przy tym, jak dzieciak. Trudno było nie śmiać się razem z nim, bo się udzielała ta wesołość. Z wyglądu też mi pasował. Ciemne włosy, brązowe oczy, wysoki. Umówiliśmy się na randkę raz, potem drugi i poszło. Na początku to, każdy wie, było fajnie. Były motyle w brzuchu, co jeść nie dadzą. Były bezsenne noce, bo tak się tęskniło, że spać nie było można. Wiadomo, że jak się człowiek zakocha, to głupi od tej miłości się robi.

Byliśmy młodzi, ale pełni sił i chęci do życia. Wzięliśmy ślub. Ale weselisko nam wyszło! Wszyscy goście chwalili. Potem zamieszkaliśmy na wiosce, bo Maciej miał ziemię po dziadkach. Dobrze wyszło, bo wtedy urodziłam Anię, potem Krzysia i Wojtusia. Nie pracowałam, bo trzeba było dziećmi się zajmować. Pomagałam, ile mogłam, bo przy kurach i przy domu było roboty dużo. Ania miała pięć latek, gdy coś chorować zaczęła. Raz temperatura i kaszel, potem znowu i znowu. Blada taka się zrobiła i mizerna, że pani doktor się zaskoczyła. Zrobiła jej jakueś badania, takie z krwi, a potem powiedziała tylko, że do szpitala trzeba jechać. Pojechaliśmy, wiadomo. Tam w szpitalu jeszcze innych badań dużo zrobili, ale szybko wyszło, że to białaczka. Nie pożyła moja Ania długo. Nie udało się jej wyratować. Mieli jej dawać drugą chemię, ale jakąś bakterię złapała czy coś podobnego i już nie dało się jej pomóc. Bardzo to wszyscy przeżyliśmy. Maciek po pogrzebie małej przez tydzień się prawie nie odzywał. On tak miał, że nie mówił, gdy coś źle się działo. Jakoś z czasem lżej się nam zrobiło, bo trzeba było się pogodzić.

I wtedy znowu się narobiło. Krzyś mój syn, ten starszy miał wtedy dziesięć lat. Moja iskierka. Taki zawsze wesoły i radosny. Maciej mój mąż, to bardzo byl za nim. Wpatrzony byl jak w obrazek, tylko Krzysiek i Krzysiek. To był brzydki dzień, z deszczem, z wiatrzyskiem. Pamiętam, jak powiedział „mamo, mamo, sam pójdę do szkoły. To blisko, dam sobie radę”. I wie pani, że zgodziłam się, bo czemu by nie. Znał drogę, mądry byl z niego dzieciak. Tu niedaleko jest skrzyżowanie, to z krzyżem, co go pózniej postawili, jak to małżeństwo zginęło. Głośno o tym było. W telewizji nawet zrobili program, bo tam wielu zginęło. No to tam. Może nie zauważył małego. Rano było,s deszcz, ciemnica. Chyba nawet nie jechał za szybko, ale tak uderzył Krzysia, że już nic nie było można zrobić. Zabił na miejscu. Po tym wszystkim mój mąż Maciej zmienił się bardzo. Przestał rozmawiać, zamknął się gdzieś w środku. Potem to z jednym, to z drugim na piwo zaczął chodzić. Nie jest awanturnikiem, spokojny został jak był. Nie chce się leczyć. Uparl się i powiedział, że na żadne AA nie będzie chodził. Może na wszywkę się zgodzi, bo go nasz lekarz namawiał. Szkoda chłopa, bo zawsze go wszystkie lubili. Ja mu już tyle razy o tym mówiłam, że nie chce ze mną rozmawiać. Może kiedyś da się przekonać.

A Wojciecha, najmłodszego to pani dobrze zna. Inny już nie będzie. Od urodzenia było widać, że coś z nim nie tak. Nie mówił, ale spokojny był. I tak zostało, bo czasem tylko coś powie. Tylko głupio się uśmiecha, choć to mnie czasem złości. Jak bierze leki, to jest dobrze. No popchnął mnie kiedyś, uderzył kilka razy, ale on taki jest. Ma pani w komputerze, że znacznie upośledzony. Tu się nic nie zaradzi. Do szkoły specjalnej trochę chodził, ale tam też sobie nie poradził. Siedzi w domu. Czasem coś pomoże ojcu, ale do pracy jest niezdatny. Taki Wojtuś z niego, choć już trzydzieści cztery lata skończył.

Takie to życie. Rodzice pomarli, nie ma Ani i Krzysia. Dobrze, że zdrowie jest, bo na życie trzeba zarobić. Z samej gospodarki to za wiele nie będzie. A tak to parę osób przyjdzie na strzyżenie albo trwałą i JAKOŚ TO JEST.

Obraz Rondell Melling z Pixabay