Tylko 16 proc. Amerykanów popierało Galę MMA zorganizowaną dla upamiętnienia 250 rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych, na terenie Białego Domu. Ale, „de gustibus non disputandum est”, o gustach się nie dyskutuje, choć są bardziej odpowiednie sposoby uczczenia tego jubileuszu.

Nawrocki, jako były bokser-amator lubi sporty kontaktowe, a MMA do nich należy.

W skrócie, walki w tym sporcie polegają na mordobiciu w oktagonie, z użyciem wielu technik oraz wszystkich kończyn.

I choć organizatorzy zapewne nie mieli tego zamiaru, gala w rocznicę powstania USA oddała coś z genezy i ducha tego narodu.

Żądzę władzy, kult siły oraz pierwotny instynkt drapieżcy, które na własnej skórze odczuły tzw. ludy pierwotne USA, mordowane, prześladowane, a w końcu zamknięte w klatkach tzw. rezerwatów. By na zgliszczach ich kultur powstał twór państwowy zwany dziś, USA.

Nawrocki do tej imprezy pasował jak ulał bo już od startu w wyborach prezydenckich kreuje się na „silnego człowieka”.
Nie tylko w sensie fizycznym, ale i politycznym.

Jego rządy w Pałacu, to nieustanny boks lub właśnie MMA, z rządem.
A ciosy, które zadaje, to weta mające powalić Tuska i jego rząd, na deski.
Tak było z ustawami: o SAFE, kryptowalutach, sejmowym wyborem sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, nominacjami ambasadorskimi itd.

Tylko, że to co na ringu jest atutem, np. mocny sierpowy, w polityce polskiej wywołuje tylko chaos.

Bo na tej wymianie ciosów z sejmową większością i rządem, tracą Polacy i nikt, poza Nawrockim, nie zyskuje.
Nadal mamy chaos w systemie prawnym i hochsztaplerów oszukujących Polaków na rynku kryptowalut.
Może wspieranych po cichu przez prezydenta, PiS i Konfederację.

A najgorsze, co wynika z tej „bokserskiej strategii” Nawrocki dla wyborców zarówno jego samego jak i obecnej władzy, to nieprzewidywalność organów państwa wobec obywatela, którego konsekwencją jest utrata zaufania Polaków do rządzących.