Wiele młodych osób strasznie mnie strofuje, a czasem mi bardzo wymyśla, że moje spojrzenie na wojnę jest bezduszne i okrutne. „Co by pani powiedziała wówczas, gdyby musiała pani siedzieć tygodniami w schronie, a nad pani domem latały samoloty z bombami?”, „Czy pani w ogóle umie sobie wyobrazic, że kobiety sa gwałcone, a mężczyźni zabijani strzałem w tył glowy?”.
I co ja wtedy myślę?
No, myślę, że moze dlatego inaczej spoglądamy na wojnę, ponieważ młodzi znają ją z filmów i gier komputerowych (planszowych też?), a ja z doświadczenia. Oczywiście, że nawet drobne różnice w wieku mają wpływ na postrzeganie wojny.
Mój o trzy lata starszy kuzyn doprowadzał matkę do rozpaczy, poniewąż szperał po piwnicy w poszukiwaniu butelki, tak bardzo marzył, aby rąbnać nią w czołg. Wydawało mu się, że on – pięciolatek – załatwi pancernego olbrzyma samą butelką lub butelką z wodą. Bo benzyna i koktail mołotowa to było dla niego mniej więcej to samo co butelka z mlekiem.
Ja siedzenia w piwnicy nie pamiętam, choć mgliście przypominam sobie, że dostałam miseczke z piaskiem i po dolaniu wody bawiłam się w gotowanie zupy dla szmacianej lalki. Pamiętam za to całkiem wyraźnie rów, w którym położono mojego Tate (i pewnie innych mężczyzn), zamaskowano ich derkami i pakunkami, a dzieci posadzono na tych tłumokach. Nie mam pojęcia skąd wiedziałam, że nie wolno mi się ruszyć, nawet na siusiu, ani odpowiedzieć na pytanie: „Są u was jacyś mężczyźni”.
Skąd wiedziały to inne dzieci?
Ale pamiętam, że siedziałam ze swoją lalą i odgrywałam role najlepiej jak było można. Oskarowa rola. Której ceną było życie mego Ojca.
Fizyk natomaist pamięta, jak przed płotem jego ogródka w Milanówku pędzono Niemców. Rosjanie ich pędzili i bili czym popadło. A on patrzył tylko na te wspaniałą broń z błyszczącymi bagnetami i wyobrażał sobie, jak cudownie byłoby bić się taką bronąa z bratem.
No więc istotnie – wojna jest czymś całkiem innym dla młodych, dla których okrucieństwa z nią związane są czymś zdumiewającym, i dla pokolenia wojennego, które pamięta ekshumację tysięcy zwłok, płacz kobiet, ale także nieprawdopodobny smród rozkładających się ciał. A potem miasto pełne kobiet w czarnych welonach.
Tak było chyba jeszcze w czasie, kiedy chodziłam do szkoły. Dokoła gruzy, w nich piwnice, w piwnicach zwłoki. Ale i niewypały.
Już jako studentka miałam problem z chłopakami, którzy namawiali: „Pani Jolu, rąbniem leciutko kamulcem w te bombkę”. I mój strach, że kiedy w nocy zasnę, oni pojdą w las i jednak rabną kamulcem. Przyjechał do mnie narzeczony, Fizyk. Ale sie ucieszyli! No, bo facet, to zrozumie. On nie zrozumiał i stracił w ich oczach. „Pani za niego nie wychodzi za mąż. Lepszego pani sobie znajdzie”. No i rozpacz, kiedy przyjechali saperzy, a im nie wolno było z namiotów nosa wychylić.
Gwałty?
Nasza sąsiadka została zgwałcona w czasie Powstania Warszawskiego, zaszła w ciążę, urodziła chłopczyka. Nie chciała go. Oddała innym sasiadom, naszym najbliższym – door to door. Ludzie kochali chłopca bardzo, ale „życzliwi” pokazali mu jego prawdziwą matkę i przyrodnią siostrę. Wyrósł na postrach domu. Zlodziej, bandyta. Kiedy dorastał więcej czasu spędzał w poprawczakach niż w domu. Ojciec (przybrany) nie wytrzymał. Zmarł, ale wszyscy podejrzewali samobójstwo.
Wyrastałam z sierotami.
Jako Królowa Zima miałam na głowie srebrny wianuszek zwędzony z grobu taty Zuzi P., córki powstańca., a mojej klasowej koleżanki. Wojna towarzyszyła całemu memu dzieciństwu. Nie musiałam czytać o niej książek. Każda ruina, każdy niewypał, każda rozmowa bliskich, to była wojna. Nie można wymagać, abym patrzyła na nią tak, jak ci, którzy mieszkają w bezpiecznych domach, oglądają filmy kończące się happy endem, a nade wszystko dziwą się, że ktoś zabity nie ma „drugiego życia”.
Ja boję się prawdziwej wojny, takiej, która pozbawiła mnie domu, mojej wielkiej rodziny, normalnego dorastania, a zakończyła pólwieczną straszną okupacją sowiecką. Ale rozumiem, że miedzy pokoleniami trudno o takie samo patrzenie na te samą sprawę. I inny jest strach przed wojną. Wyobrażany i autentyczny.
Podświadomie powtarzam „zabezpieczenia” moich dziadków i rodziców. Ukryć opatulone ukochane filiżanki i porcelanowe figurki, biżuterie – pod węglem w piwnicy, zakopać w ziemi. Mój tata, umierając, wciąż prosił: Córeńko, wykop moj pistolet”… A zakopał go w miejscu, gdzie w chwili jego umierania przebiegała już Trasa Czareniakowska. To był rok 1999. Dla mnie wciąż trwała wojna.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz