To wstyd, że nie wiedziałem wcześniej, kim był Pułkownik Kukliński. Jeszcze większym wstydem jest to, że organy państwowe nie promowały takich postaci a jednocześnie starały się kreować miernoty i sprzedawczyków na autorytety. Cieszę się, że istnieją ludzie krzewiący pamięć o prawdziwych bohaterach – dla portalu Pressmania.pl mówi Piotr Trzaskowski. – Zaimponowało mi to, jak bezinteresowny był nasz rodak w swoich działaniach. Ryzykował wszystkim, na czym zależy współczesnemu człowiekowi – karierą, rodziną czy wreszcie życiem. Naszły mnie przy okazji refleksje dotyczące czasów aktualnych. Czy poprzednie pokolenia były złożone z ludzi, którzy są „zrobieni” z czegoś szlachetniejszego? – kontynuuje w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską

Małgorzata Kupiszewska: Jaką szkołę pan skończył, żeby podjąć pracę w Tworkach?

Piotr Trzaskowski: Skończyłem APS (Akademię Pedagogiki Specjalnej). Mieliśmy tam zajęcia z profesorami z ASP.

Na czym polegały studia pedagogiki?

– Arteterapia- najprościej rzecz ujmując – to terapia poprzez sztuki piękne. Na naszym kierunku mieliśmy też dużo zajęć z psychologii, psychiatrii oraz różnych dyscyplin artystycznych.

Czego, adeptów pedagogiki, uczyli profesorowie ASP? Jak trafić do osób o, odmiennej niż normalna, wrażliwości, uzależnionych, dziwaków? To do końca Pana świat?

– Arteterapia to dziedzina nieukształtowana jeszcze w Polsce, dlatego wyglądało to wszystko dosyć „luźno”. Ostatecznie najwięcej zajęć mieliśmy z dziedziny promotora, jakiego sobie wybraliśmy – w moim przypadku z malarstwa. Miałem podstawy do pracy z ludźmi, ale byłem nastawiony raczej na przyszłość związaną z własną działalnością artystyczną. Nie sądziłem, że będę pracował jako arteterapeuta z osobami chorymi psychicznie. Na chwilę obecną mam przepracowane w branży około 3 lat i mam już własny styl pracy. Im dłużej mam kontakt z osobami chorymi psychicznie, tym bardziej dochodzę do wniosku, że poza różnymi formami terapii ważne jest przede wszystkim to, jakim się jest dla nich człowiekiem. Czy ich świat jest moim światem? Tak. Bo żyją tym samym, co my, lecz ich rzeczywistość jest zaburzona. Trzeba im pomóc się z niej wydostać.

Możliwe jest wyciągnięcie przez sztukę kogoś chorego na dwubiegunową lub w głębokiej depresji?               

– Bez leków nie a przynajmniej nie udowodniono tego naukowo. Aktualnie w Polsce arteterapia wspiera inne formy leczenia – terapię psychologiczną i farmakologiczną.

Ogląda pan z chorymi reprodukcje czy trzymacie wspólnie pędzel? Jak to wygląda w praktyce?

– Najczęściej prowadzę zajęcia z określonym scenariuszem – pacjenci dostają ode mnie temat terapeutyczny do zrealizowania a następnie poprzez uwolnienie ekspresji twórczej podejmują działania plastyczne. Potem omawiamy poszczególne prace w grupie. Autorzy mogą posłuchać od innych, co ci dostrzegają w ich nowo powstałej pracy a następnie sami opowiadają o swojej. Taka atmosfera terapeutyczna, w której mogą w pełni się uzewnętrznić, niestety, często nie pojawia się w ich życiu codziennym. Prowadzę też zajęcia z Biblioterapii i Kinoterapii, starannie dobierając tematykę dla swoich pacjentów. Im dłużej pracuję, tym częściej udaje mi się trafić w sedno sprawy.

Zamiast tworzyć swój artystyczny, pozwala Pan odbudowywać chorym ich zaburzony świat?

– Tak. Uwalniają swój świat i przedstawiają go w formie materialnej. Według chińskiego przysłowia obraz wyraża więcej niż tysiąc słów, ponadto w słowach łatwo skłamać, a w obrazie się po prostu nie da. Wszystko widać jak na dłoni.

Świat chorego jest inny. Odnajduje się pan w ich świecie, czy zachowuje dystans?

– Świat chorych jest tym samym światem co nasz, lecz jest zaburzony. Mają te same problemy, lecz w spotęgowanej wersji. Interesują ich te same sprawy, co nas. Najciekawsze jest to, że mają często bogate życie wewnętrzne i ciekawe podejścia do życia. Nie trzymam dystansu z chorymi. Staram się łamać schemat chłodnej relacji terapeuta-pacjent. Bo psychologia w żadnym wymiarze nie da im tyle, co miłość, którą może okazać człowiek człowiekowi.

Lubią pana pacjenci?

– Tak, pacjenci mnie lubią. Prawdopodobnie, dlatego, że ja ich lubię. Taki klucz zawsze działa. Nawet, jeżeli ktoś na początku okazuje nam antypatię czy wręcz wrogość, po dłuższym czasie jego bariery zostaną „skruszone”. Jeżeli terapeuta nie będzie lubił swoich pacjentów, to i oni go nie polubią a tym samym oni nie będą się angażować w terapię na 100%. Dlatego moim zdaniem każdy, kto pracuje z ludźmi powinien po prostu ich lubić.

Ale ten chłód jest niekiedy konieczny, w przypadkach maniakalnych na przykład.

– Oczywiście. Granice muszą być! Trzeba to jednak robić w dalszym ciągu z zachowaniem miłości do bliźniego i wybaczać pacjentowi, że ma gorszy stan. W jednym z filmów, które oglądałem z pacjentami – „Siła spokoju”, pojawił się cytat, który staram się stosować w życiu i w pracy: „Ci, których najtrudniej kochać, najbardziej tego potrzebują”.

Czyli dzisiejszy szpital psychiatryczny odbiega od tego z Lotu nad kukułczym gniazdem?

– To zależy, który oddział… Najnowsze oddziały wyglądają imponująco – na przykład ten, na którym aktualnie pracuję jest w pełni nowoczesny i ma wykwalifikowany, nastawiony na ludzi personel. Pacjent, który się na nim pojawi, będzie miał szczęście. Bywałem jednak na oddziałach, które w moim mniemaniu były wręcz toksyczne, ze względu na personel starej daty, gdzie podejście do pacjenta jest jak z minionej epoki. Brakuje w nich empatii czy choćby szacunku dla innych ludzi – zarówno do pacjentów jak i do współpracowników.

Czy to prawda, że trafia tam mnóstwo młodych ludzi?

– Tak i moim zdaniem obecna cywilizacja przepełni szpitale coraz większą ilością ludzi młodych.

Świat ich przerasta? Nie są przystosowani do życia czy to sprawa używek?

– Czasy sprzyjają chorobom psychicznym. Postmodernistyczny wzór antywartości w życiu człowieka, brak celu w życiu, wiary nadziei czy i prawdziwej, bezinteresownej miłości będzie też prowadził do coraz większej samozagłady i liczby samobójstw.

Brak zainteresowania w domu, konsumpcjonizm, niewierność rodziców? To jest powodem dramatu wielu młodych? To Pan to widzi w ich obrazach?

– Złe relacje z innymi i z samym sobą, brak podejmowania odpowiedzialności za swoje życie, trzymanie w sobie nienawiści, bierność, życie przeszłością lub przeszłością… Wszystko, na co potrafi cierpieć człowiek. Te demony wciąż się mnożą w miarę pogłębiania się współczesnej kultury. Czasami patrząc z zewnątrz można by pomyśleć, że ludzie sami sobie wymyślają nowe choroby, na które chcieliby zapaść. Są nowe uzależnienia oraz dolegliwości na tle psychicznym, które trudno sobie nawet wyobrazić.

Jak można temu przeciwdziałać? Co można zrobić?

– Widzę tylko jedno wyjście, ale wielu się ze mną nie zgodzi.

Jakie wyjście?

– Zacząć wierzyć w Boga i kochać innych. Przestać się skupiać na sobie i zainteresować się tym, co możemy dać ludziom wokół nas. Nie jest ważne, co na to świat. Idąc z głównym nurtem, popłyniemy razem z nim w otchłań.

Św. Augustyn mówił: kochaj i rób, co chcesz…

– Czyli inaczej „Kochaj i idź kochać innych„. Jak ktoś kocha, to nie znajdzie już nic lepszego niż dzielenie się miłością. Nie ma niczego wspanialszego wokół nas niż inni ludzie. Chyba właśnie dlatego tak lubię swoją pracę. Mam tu niepowtarzalną możliwość pomagania innym w ramach swoich godzin pracy. Dla mnie samego jest to swoista autoterapia.

Młodzi nie znają nazwiska Kukliński, wiedzą wszystko o Prometeuszu.

– Bo za mało promuje się prawdziwych bohaterów, którzy są nam najbliżsi a wręcz blokuje się informacje o nich. A odpowiedzialni są za to ludzie, dla których niewygodne są postawy odważne i patriotyczne. Jeżeli spojrzymy na bardzo mały format ludzi, którzy nieraz są u władzy – nieuczciwych i skorumpowanych polityków, sędziów, dziennikarzy, to nie trudno zrozumieć, dlaczego celowo pomijają bohaterów bądź fałszują rzeczywistość o nich. Z pewnością z trudem patrzą w lustro a co dopiero musi się dziać, gdy mają przed oczami kogoś, kto jest dokładną ich odwrotnością, za kim za darmo poszłyby tłumy. Oni wciąż dokładają do swojego propagandowego „interesu” a mimo to ich działania są nieskuteczne, co pokazały zeszłe wybory.

Co pana przekonało, żeby brać udział w konkursie „Pułkownik Kukliński zwycięska misja”?

– Przekonał mnie mój tata. Podrzucił mi informacje o konkursie. Dzięki temu zainteresowałem się bliżej postacią Pułkownika. Do tej pory odbierałem go tylko, jako ikonę prawicowej części społeczeństwa, o której nie wiedziałem za dużo. Jego nazwisko przemykało mi przez uszy w trakcie słuchania Telewizji Republika albo wykładów o patriotyzmie

Czego się pan dowiedział, przygotowując swój plakat?

– Postanowiłem dowiedzieć się wszystkiego o pułkowniku Kuklińskim. Ponadto wiedziałem, że nastąpi ten wywiad, więc przejrzałem informacje jeszcze dokładniej, żeby nie wyjść na ignoranta. Przede wszystkim zaimponowało mi to, jak bezinteresowny był nasz rodak w swoich działaniach. Ryzykował wszystkim, na czym zależy współczesnemu człowiekowi – karierą, rodziną czy wreszcie życiem. Naszły mnie przy okazji refleksje dotyczące czasów aktualnych. Czy poprzednie pokolenia były złożone z ludzi, którzy są „zrobieni” z czegoś szlachetniejszego?

12348430_1701698486714953_434381030_n

Wygrana była tylko jedna. Czy mimo „przegranej” ma pan satysfakcję?

– Tak. Mogłem się wreszcie dowiedzieć do końca, kim był sławny Pułkownik. Na dodatek obejrzałem w domowym zaciszu ekranizację kinową jego misji. To wstyd, że nie wiedziałem wcześniej, kim był. Jeszcze większym wstydem jest to, że organy państwowe nie promowały takich postaci a jednocześnie starały się kreować miernoty i sprzedawczyków na autorytety. Cieszę się, że istnieją ludzie krzewiący pamięć o prawdziwych bohaterach.

Ma pan świadomość, że także pan zbudował Pułkownikowi pomnik symboliczny?

– Naprawdę? No to mi Pani sprawiła zagadkę. Teraz muszę się zastanowić, w jaki sposób. Szczerze mówiąc niewidzialny „pomnik”, jaki we mnie zakiełkował, jest tym, co zasiała we mnie skromna organizatorka, czyli Pani.

Moim planem było, żeby imię Pułkownika kojarzyło się ze zwycięską misją…

– No i dopięła Pani swego. Poza tym wywołała Pani we mnie jeszcze jedno skojarzenie. Mianowicie takie, że tematy patriotyczne są czymś elitarnym w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powstał konkurs artystyczny z wysoką nagrodą za zwycięstwo. Na dodatek impreza, której towarzyszył, była zorganizowana wzorowo przy obecności znakomitych gości i ciekawych wykładów. Miejsce spotkania było także niczego sobie. Dzięki temu coraz bardziej zacząłem myśleć, że temat patriotyzmu to coś dla tych prawdziwych „salonów” a dyskusja na tematy wzniosłe oraz wspominanie wojowników o wartości jest czymś prestiżowym. Będąc na zorganizowanej imprezie „Pułkownik Kukliński – zwycięska misja” czułem się, jakbym uczestniczył w czymś prawdziwie doniosłym. Jakby odradzały się stare, dobre idee, które czekały na moment swojego „ujścia”, a przebywanie z tak dużą ilością osób, dla których idee patriotyzmu coś znaczą, było wielką przyjemnością. Przede wszystkim podziwiam osoby, które zaangażowały się w organizację tego przedsięwzięcia, poświęciły swój czas i pieniądze, aby odrodzić pamięć o polskich bohaterach, którzy powinni być wzorcem postępowania dla współczesnych, zagubionych młodych ludzi. Może gdyby większa liczba osób potrafiła odnaleźć w życiu cel i misję, tak jak pułkownik Kukliński, to nie trafiałaby do szpitali psychiatrycznych po próbie samobójczej z powodu poczucia braku sensu. Każdy musi mieć swoją „zwycięską misję”, bo tylko to uczyni go człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Tego życzę wszystkim, którzy przeczytają ten wywiad, Pani oraz samemu sobie.

Dziękuję za rozmowę.