W związku z trwającym sporem o edukację włączającą na stronie Ruchu Ochrony Szkoły w cyklu „Włączanie” w szkole – świadectwa rodziców i uczniów ukazała się historia niewidomej dziewczyny uczennicy, jak w tytule, dlatego zdecydowałem się na kolejny głos w tej debacie.

Ta historia w założeniu autorki i pewnie też sygnatariuszy ROS ma pokazać, że obecność uczniów niepełnosprawnych w szkołach masowych jest czymś z góry złym, ale tak nie jest i nie musi być, a w rzeczywistości świadectwo to przedstawia szereg niedociągnięć i problemów, jakie owszem występują i bez ich właściwego rozwiązania musiało to zakończyć się porażką, jak u autorki, gdzie widocznie nie pojawili się odpowiedni ludzie wokół niej i jej najbliższych, a i może jej rodzinie również czegoś zabrakło.

Nie przesądzam, kto tam zawinił, lecz przedstawię wszystkie możliwe opcje, jak naprawdę mogło tam być, przy czym nie tyle w kategoriach winy i zarzutów, lecz po prostu uwarunkowań tak po stronie bohaterki, ale też społeczności widzących w tej szkole, gdzie była ona przez ten krótki czas.
Jednocześnie nadmienię, że jest w tej historii kilka elementów, jakie mnie dziwią, ale jak mówię próbuję to jak najlepiej zrozumieć.

Owa Julita wraz z rodziną zdecydowała się po pobycie w Laskach już od przedszkola na naukę w szkole masowej w jej rodzinnym mieście, konkretnie w liceum integracyjnym, gdzie od lat uczyli się niewidomi, ale z powodu bardzo wielu problemów była tam tylko jeden semestr w pierwszej klasie liceum, po czym wróciła z powrotem do Lasek.
Precyzując ona i jej najbliżsi nie mieszkają w samych Kielcach, lecz na wsi oddalonej o 20 km, co też nie jest bez znaczenia.

Pierwsza seria, czyli co mogło być po stronie autorki i jej najbliższych. Na pewno mogę powiedzieć, że autorka jest mocno przesiąknięta różnymi środowiskowymi miazmatami, co widzę w lekturze jej historii.

Przykładowo jest ona wdzięczna rodzicom, że oddali ją już w przedszkolu. Autorka oprócz tego, że nie widzi ma też stany depresyjno-lękowe, o czym wspomniała, pytanie tylko, czy w rzeczywistości nie są one spowodowane właśnie pobytem w ośrodku od najmłodszych lat. Kluczową sprawą jest to, kiedy to, co opisuje autorka miało miejsce, a mianowicie to wszystko działo się w najgorszej fazie koronapierdolca, więc bardzo możliwe, że nawet mimo dobrych chęci i poprzednich pozytywnych dokonań tej szkoły u innych niewidomych w tym wypadku to wszystko mogło przerosnąć grono pedagogiczne i być może w tamtych warunkach autorka powinna wybrać odpowiedni kierunek w Laskach, a nie decydować się na masówkę taki pogląd też należy dopuścić.

To, co napisała pokazuje w istocie, jak wyglądała edukacja w tym bardzo trudnym okresie z perspektywy ucznia niewidomego, przykładowo, że w ogóle uczniowie niepełnosprawni podczas lekcji zdalnych byli tam na bocznym torze. Odniosłem wrażenie, że rodzice autorki decydując się na posłanie dziecka do szkoły masowej nie do końca właściwie przyłożyli się do tego. Wiem, że akurat w Kielcach są podmioty i ludzie mogący dobrze pokierować autorkę i jej rodzinę w sprawach technologicznych, czyli najlepszego dla niej oprzyrządowania, jak też nasuwa się pytanie, dlaczego takiej wiedzy nie otrzymała ona w Laskach?

Dziś w przeciwieństwie do czasów dawniejszych rodzice dziecka niewidomego mają gdzie zasięgnąć języka w różnych kwestiach i nie są skazani na wyłącznie jeden punkt widzenia w danym temacie. Może też poszli na łatwiznę zapisując ją do szkoły integracyjnej, zamiast poszukać wcześniej dobrej placówki w pełni zwykłej, bo jedno z drugim nie zawsze idzie w parze.

Nie mówię, że w tamtym przypadku tak jest, bo nie wiem, ale w skali kraju już za moich czasów tak było i to niezależnie od niepełnosprawności, że w wielu miejscach w tę integracje uciekały szkoły zagrożone likwidacją po to, by samorząd jako organ prowadzący nie zlikwidował ich tak łatwo, ewentualnie by przesunięto to w czasie, bo często z uwagi na niż demograficzny i w konsekwencji brak kandydatów w ogóle taka likwidacja i tak następowała i często takie placówki miały opinie tych gorszych.

Autorka również podnosi ten problem mieszania się niepełnosprawności w jednej klasie. Zdziwiło mnie to, że bohaterka nie potrafiła nawiązać relacji z widzącymi, że nie rozumiała, o czym oni rozmawiali na przerwach i pisali na grupie klasowej.
Zastanawiające jest, czemu tak się działo? Czyżby w Laskach tak bardzo była odcięta od świata zewnętrznego?

Przejdźmy do drugiej serii możliwych okoliczności, czyli mogło być tak, że to jednak nie u autorki i jej rodziców był problem, ale w tej społeczności szkolnej, czyli może bardzo źle trafiła. Nie wiem, jakie poglądy ma Julita i jej rodzice, ale wspomniała w swoim świadectwie, że w istocie była szykanowana przez młodzież, bo nie chodziła na strajk kobiet, a to był ten czas.
Dodatkowo przytacza, że mówili na nią ślepa, czyli tu jaskrawie widać faryzeizm salonu, że z jednej strony na ustach hasła o tolerancji, akceptacji i szacunku, a prawda jest inna. Może było tak, że przerastała ona intelektem i horyzontami myślowymi swoich rówieśników, czyli jest ona dojrzała jak na swój wiek.
Może obecna rzeczywistość jest taka, że żyjemy w pewnym paradoksie, gdzie owszem jest lepiej, bo są technologie wspierające, ale młodzież szkolna gorsza, niż to było dawniej.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem autorki, że nie da się w miejscu zamieszkania znaleźć lub przyczynić się do zaistnienia odpowiednich zajęć kształtujących różne pasje u niewidomych, bowiem współcześnie można przy dobrych chęciach to osiągnąć.
Jakoś trudno mi uwierzyć, że w Kielcach przykładowo nie ma żadnej organizacji sportu niepełnosprawnych, gdzie mogłaby uczęszczać osoba niewidoma i to za darmo, bo dawniej owszem w miastach średnich i mniejszych tak było.
Może autorka jest osobą zamkniętą i może jej rodzicom też zabrakło tego czegoś pozytywnego, co przyciągnęłoby do nich wielu dobrych ludzi nie da się tego wykluczyć, bo jednak warto wiedzieć, że dobra współpraca wszystkich stron, których to dotyczy wymaga m.in. właśnie tej pozytywnej naturalnej otwartości ucznia niewidomego i jego najbliższych.

Generalnie czytając tę historię czułem się, jak bym czytał o czymś, co było powiedzmy w moich czasach, czyli te prawie 20 lat temu lub jeszcze dawniej.