To będzie bardzo osobiste opowiadanie, ale wpierw trochę historii.

45 lat temu, późnym wieczorem 24 stycznia 1975 roku przed wyczekującą z zapartym tchem i pełną po brzegi widownią w gmachu Opery w Kolonii pojawił się na scenie zdenerwowany, i choć przed chwilą pełen jeszcze rozterek, ale teraz zdecydowany już na wszystko pianista improwizator Keith Jarrett, zasiadł do fortepianu i zaczął grać. Miał wyjątkowo zły humor – fortepian mimo obietnicy organizatorów nie spełniał jego oczekiwań w ogóle. To nie takiego Bösendorfera – małego i rozklekotanego przez lata w sali do prób dla śpiewaków oczekiwał na ten wieczór. Jego artystyczna wizja miała zrealizować się na innym Bösendorferze, wielkim koncertowym Imperialu 290, kolosie wśród fortepianów, który obiecywano mu na ten szczególny solowy występ od dawna. Podstawiono mu zaś (do dziś zupełnie nie wiadomo dlaczego) zgoła inny instrument – wprawdzie koncertową, ale bardzo zużytą i źle brzmiącą tzw. „połówkę” i artysta bijąc się z samym sobą, i dręcząc organizatorów niepewnością co do odwołania występu zwlekał z tego powodu z decyzją prawie aż do ostatniej chwili. Grać czy nie grać, oto było pytanie i decyzja którą musiał podjąć. 

Do zagrania tego wieczoru w kolońskiej operze przekonała go wreszcie bardzo młoda organizatorka i pomysłodawczyni tego koncertu, dla której ta niezwykle trudna sytuacja, i finansowo i wizerunkowo była kwestią „życia i śmierci”. Jarrett wprawdzie bardzo niechętnie, ale dał się jej w końcu uprosić i wyszedł na scenę by zmierzyć się z instrumentem, którego stan napawał go zniechęceniem. Nie chciał zrujnować życia tak młodej osoby. „Zrobię to tylko dla Ciebie” – miał jej podobno powiedzieć przed koncertem. Fortepian miał w miarę „używalny” jedynie środek klawiatury, reszta rejestrów brzmiała dosyć nieciekawie a mechanika była w stanie pozostawiającym jeszcze więcej do życzenia. I wydarzył się artystyczny cud bo już od pierwszych dźwięków gra Keitha zafascynowała, oczarowała i całkowicie zahipnotyzowała całą publiczność. Technicy dźwięku, którzy w pośpiechu – zaskoczeni decyzją artysty o nagraniu ustawiali prowizorycznie mikrofony krótko przed wejściem artysty na scenę, o mało co nie przesterowaliby za chwilę całego nagrania. Hipnotyczna, niezwykle atmosferyczna gra Jarretta wprowadziła ich w tak usypiający trans, że dopiero wybijany przez pianistę klapą od klawiatury fortepianu synkopowany groove wybił ich z tego półsnu. Pianista grał prawie bez przerwy improwizując przez ponad godzinę i tworząc na żywo niezwykle emocjonalne i głębokie dzieło, w którym przelał na klawiaturę i wyraził dźwiękiem cały swój stan emocjonalny tamtego dnia i chwili. Utwór ten, (Part I, IIa i IIb) wraz z krótkim lirycznym bisem (Part IIc, nazwanym później Memories of Tomorrow) i potężnymi, nieskończonymi, wręcz frenetycznymi brawami zachwyconych słuchaczy przeszedł do historii jazzowych wydarzeń jako słynny „THE KÖLN CONCERT”, a następnie jako wydany przez ECM (Edition Contemporary Music) dwupłytowy, winylowy album, który bijąc wszelkie rankingi popularności ustanowił nowy rekord sprzedaży osiągając wkrótce ponad 3,5 mln egzemplarzy, czym uratował firmę ECM od plajty, stając się na rynku fonograficznym przez kolejne dekady wraz z jego twórcą ich największym okrętem flagowym.

 

Keith Jarrett The Koln Concert ECM

Właśnie tego nagrania, odkopanego w roku 1989 w szafie z płytami mego Taty, posłuchałem po raz pierwszy w jego winylowej wersji z przedruku DDR-owskiej tłoczni AMIGA, przywiezionego kilka lat wcześniej z zakładowej wycieczki do Berlina Wschodniego przez moją Mamę. Chciała Tacie przywieźć jakąś płytę z jazzem. Polecono jej właśnie ten koncert, więc wzięła. Zafrapowała mnie wtedy jego okładka, biała, jak w oryginale, z czarno-białym zdjęciem skupionego nad klawiaturą, grającego w wielkiej sali, a może w jakiejś nieokreślonej otwartej przestrzeni artysty w bluzie z wyhaftowanym asteckim wzorem i wzbijającym się do lotu orłem. Wolny człowiek przy instrumencie… Muzyka była naszą i moją sferą wolności. W czasach komuny była to nasza prywatna oaza. Tam czuliśmy się inaczej. Słuchając miałem od początku silne, niezwykłe wręcz wrażenie, że ktoś gra na fortepianie bezpośrednio do mnie i tylko dla mnie. I także to jak gra, jak to wspaniale powstaje. Nie było czuć żadnej bariery. I jak gdyby strzelił we mnie wtedy piorun, naprawdę, czułem że jeszcze nigdy nikt tak dla mnie z żadnej płyty nie zagrał. Ta muzyka stała się „moją” od pierwszego wejrzenia czy wsłuchania. Jako uczeń szkoły muzycznej w klasie fortepianu grałem jak wszyscy – klasykę, raczej mało awangardy, więcej szkolnej rutyny, ale ja należałem do tych raczej niepokornych. W domu rozbrzmiewała na co dzień jedna wielka nieskończona symfonia wszelkich nagrań z płyt, nagrań które zbierał Tato, słuchaliśmy razem nieprawdopodobnej ilości wszelkiej muzyki rozrywkowej z dużą przewagą jazzu. Ale tego nagrania nigdy mi wcześniej jeszcze nie pokazał. Jakoś, nie był do niego sam zbyt przekonany, to było i jak dla niego, jazzowo za nowoczesne. Mnie natomiast wciągnęło od pierwszej chwili.  

Kilka lat później znalazłem się na studiach fortepianu u prof. Lidii Grychtołówny i dyrygentury w Niemczech, w Moguncji i zauważyłem w księgarni muzycznej będąc z projektem chóralnym we Fryburgu Bryzgowijskim transkrypcję nutową Koncertu kolońskiego. Wydałem ostatnie pieniądze, ale kupiłem ten zeszyt. Niedowierzałem własnym oczom. Utwór znałem już wówczas na pamięć ze słuchu, często towarzyszył mi w różnych sytuacjach, był jednym z elementów mojego powietrza, którym oddychałem. Ale jako nuty? Tak, usiadłem do fortepianu, zacząłem je czytać. Rozczarowanie… Nie, to nie to… Tego się nie da zagrać. To zupełnie bez sensu. Ale jednym z przedmiotów do zaliczenia na uniwersytecie były dwuletnie warsztaty z muzyki współczesnej prowadzone przez nieżyjącego już Śp. prof. Manfreda Reicherta, słynnego, kapitalnego dyrygenta, muzyka i znawcę wspólczesnej muzyki, i duszę-człowieka, który widząc moją fascynację tym tekstem, i niejakie wahanie, postanowił, a może – postanowiliśmy wspólnie – że spróbujemy i zrobimy to na koncert. To było wielce ryzykowne zadanie. Utwór był sławny, owiany legendą, znany rzeszom tysięcy ludzi. Nasza żmudna odkrywkowa praca nad nim trwała przez blisko rok. Trzeba było znaleźć osobny klucz do tej muzyki i sposób na taki koncert. I nie chodziło nam w ogóle o to by Keitha Jarretta w żaden sposób w jego grze naśladować. Ani w stylistyce, poza tym co w takiej muzyce absolutnie niezbędne ani też w ogóle, nie mówiąc już o jego słynnym zachowaniu się w trakcie grania: jęczeniu, zawodzeniu, podrygiwaniu, czy krzykach. Z takiego podejścia do tematu powstać mogłaby tylko tragikomiczna farsa. A nie o to przecież chodziło. Szukaliśmy więc uparcie sposobu na to dzieło. W końcu, zimą roku 2003 odbyło się wreszcie moje pierwsze wykonanie Koncertu kolońskiego, w auli Uniwersytetu w Moguncji. Sala była pełna. Stało się ono dla lokalnego środowiska artystycznego, które przez cały ten czas śmiało się po cichu w kułak że Trzciński chyba zupełnie oszalał a prof. Reichert kompletnie zgłupiał, wielką sensacją. Po koncercie śmiech wprawdzie nie zamilkł zupełnie, ale teraz to my się z profesorem Reichertem cieszyliśmy. Zdążył dożyć na szczęście do dnia w którym moje późniejsze nagranie tego koncertu zaprezentowała z dumą największa nowojorska stacja radiowa WNYC. To już była szczególna radość.

Od tego czasu przebiegło już 17 lat. Koncert koloński wykonywałem w całości publicznie chyba z 15 razy, w różnych salach koncertowych w Niemczech a nawet raz w Polsce. Zawsze, każde następne wykonanie i nagranie było dla mnie wielkim przeżyciem, i zawsze wzbudzało nie mniejsze emocje, u słuchaczy i krytyków, o czym świadczą liczne recenzje i reakcje. I zawsze kosztowało i kosztuje mnie ponownie nieprawdopodobny ogrom pracy i wysiłku w przygotowaniu, by słuchacze mogli wyjść po tym koncercie pełni muzycznego przeżycia. A i coś z tamtej pierwotnej atmosfery, w której koncert ten powstawał pod palcami Jarretta udziela się jednak każdemu z moich kolejnych wykonań. Zmagania, ciągła walka z instrumentem. Mimo, że tego nie słychać dla niewtajemniczonych, szczególnie gdy fortepian jest dobry, to jednak dla mnie staje się to na scenie często jasne i wyraźne. I to właśnie kosztuje wiele wysiłku, ta walka. O każdy dźwięk, frazę, rytm, wyraz, niuans… I czas trwania. Dwa razy ponad 40 minut na scenie solo, bez przerwy. Każda sekunda kosztuje tu tyle co godzina życia, godzina takiego grania jest jak miesiąc lub dwa… Kiedyś pomyślałem nawet po którymś z koncertów że tak musi się chyba czuć himalaista po szczęśliwym wejściu i powrocie z Mount Everest czy K2, lub innego z drakońskich szczytów na naszej Ziemi.

Można się oczywiście spierać o to czy i jak sens ma ponowne wykonywanie tego dzieła. Tej dyskusji nigdy nie będzie końca. Zdania są bardzo podzielone. Dla mnie jest to zawsze wielką, kreatywną przygodą i wyzwaniem, które dostarcza moim słuchaczom wielu muzycznych doznań. I o to właśnie chodzi żeby do nich tą muzyką dotrzeć i choć trochę ich odmienić. I zawsze, za każdym razem zdarza się też w trakcie kolejnych wykonań tego koncertu na żywo coś nowego i niezwykłego. Ta muzyka wyzwala we mnie zawsze wielką, szczególną energię i dodaje mojemu duchowi skrzydeł. Powracam wraz z nią do młodości, do tej pierwszej fascynacji instrumentem i tym nagraniem. Udziela się tamto wrażenie – wstając od instrumentu czuję się młodszy.

Tak, muzyka THE KÖLN CONCERT Keitha Jarretta od 45 lat nieprzerwanie uwodzi słuchaczy. Smakiem szczególnym jest tutaj i to że jej twórca – cieszący się dzisiaj ogromną sławą artysta, posiadający dzięki temu utworowi w szczególności wyjątkowe miejsce w historii jazzu i pianistyki, do dziś dnia nie wspomina tamtego koncertu zbyt miło, i to swoje słynne nagranie sam nieszczególnie lubi. Wyznał mi kiedyś osobiście jego młodszy brat, Chris Jarrett w rozmowie po swoim koncercie (to jest także bardzo dobry, choć znacznie mniej znany nie wiedzieć czemu artysta – improwizator) że Keith pobiera wprawdzie chętnie tantiemy od tamtego nagrania, ale o koncercie w Kolonii rozmawiać nie chce, i wręcz wyjątkowo nie lubi. Okoliczności, w których zdecydował się wtedy zagrać i nagrać swój Koncert koloński, ten zły instrument, utarczki z organizatorami, do dziś dnia są dla niego wspomnieniem wyjątkowo nieprzyjemnym. A jednak potrafił stanąć wówczas ponad nimi i stworzyć dzieło wręcz niebywałe, które stało się symbolem rewolucji stylistycznej w muzyce lat 70-tych i rewolucją w pianistyce XX wieku. A może właśnie dlatego? Kto wie, czy byłby to lepszy i ciekawszy utwór, gdyby powstał na lepszym, wymarzonym wtedy przez artystę instrumencie? Może wcale nie!? Czasami takie trudne sytuacje i dotkliwie niesprzyjające warunki bywają jednak bardzo twórcze.

PS: Zaś mój „Around THE KÖLN CONCERT” Keitha Jarretta ma już swoją małą historię. Oto jeden z jej niedawnych momentów, wykonanie z jesieni roku 2017 dokonane w pięknej sali przy Oranżerii dawnego letniego pałacu książęcego w Kirchheimbolanden, w Nadrenii Palatynacie, w Niemczech. Koncert był uroczystym benefisem stowarzyszenia dobroczynnego ZOAR, na którego zaproszenie zagrałem ponownie w całości tę muzykę. Koncert miał również niezwykle atrakcyjną oprawę wizualną, dzięki której można było śledzić mój występ na żywo równocześnie ze wszystkich stron sceny, a także z wnętrza fortepianu, obserwując jego mechanikę i działanie. Zrealizowała ją firma EJECT z Kirchheimbolanden. Serdecznie zapraszam na film, miłego słuchania i oglądania!

Tomasz Trzciński