Owszem, należę do pokolenia, w oczach którego pierwsze „Psy” urosły do miana pozycji kultowej. Nie wyłapywaliśmy politycznych niuansów. A nawet jeśli trochę, to i tak woleliśmy skupiać się na rzucaniu mięchem i scenach przemocy. Słyszałem o tym filmie legendy i kiedy wreszcie pokazali go w telewizji, z ulgą stwierdziłem, że rzeczywistość wygląda jeszcze lepiej. Z dwójką było zresztą bardzo podobnie. Pamiętam, że piracka kaseta z nią krążyła u mnie w budzie jak relikwia. Dostałem ją na jeden wieczór i zaraz następnego dnia musiałem oddać, bo inni czekali. Ech, takie tam kombatanckie wspomnienia. Trochę w sumie śmieszne z dzisiejszej perspektywy.

Byłem szczylem, ale prawie rozumiałem, że w pierwszych „Psach” chodzi o przysłowiowe coś więcej. Że to nie tylko strzelanie, ruchanie i bluzganie, lecz także portret przemian ustrojowych. Że jest jakaś ubecja, która nie za bardzo może się odnaleźć w nowych realiach. Że niektórzy się przez to skundlili i zostali kryminalistami. No i takie tam. Wydaje mi się też – choć nie daję głowy, bo być może działa tu mitotwórczy filtr wspomnień – że nieźle kumałem, iż wykreowany w tym filmie obraz funkcjonariuszy komunistycznych służb, ale i odrodzonej Trzeciej Najjaśniejszej, nie do końca licuje z tym, co należało wówczas o tych sprawach myśleć. Oj, ktoś tutaj nielicho relatywizował, zrównywał jednych z drugimi.

No tak, oczywiście nie wiedziałem, co to znaczy relatywizować, jednak domyślałem się, że sytuacja, w której ubek Maurer zostaje pierwszoplanowym pozytywnym bohaterem, jest… no, co najmniej dosyć osobliwa. Dużo później przeczytałem gdzieś, że jego moralna dwuznaczność stanowi niezwykle trafną metaforę aksjologicznej schizofrenii tamtych lat, i bez oporów się z tym zgodziłem. Nadgorliwy Nowy, który najpierw, niczym pełnokrwisty solidaruch, ciska Maurerowi tą jego ubecją w twarz, a potem się z nim pojednuje, też przecież coś oznaczał. Coś wówczas bardzo czytelnego.

Z dwójką sprawa przedstawiała się już o wiele prościej. Od początku było wiadomo, że chodzi przede wszystkim o krwistą sensację, o rozrywkę dla dużych chłopców, którzy z jedynki zapamiętali głównie twardziela Franca. Niby w tle przewija się wojna bałkańska, niby mruga nam gdzieś wątek korupcji na szczytach władzy, niby są jacyś ruscy mafiosi i ich dyplomatyczne powiązania, pozwalające im obracać grubymi milionami dolców i handlować bronią, ale rozumiemy, że to już tylko dekorum, które ma dać widzowi złudzenie obcowania z rzeczywistością. Mnie w dwójce do gustu nie przypadło jedynie to, co Pasikowski zrobił z Nowym. W jedynce był tylko trochę śmieszny, tu stał się postacią wręcz komiczną z tymi swoimi panewkami.

Jedynkę i dwójkę dzielą zaledwie dwa lata, ale w historii ówczesnej Polski to istna przepaść i oba filmy wyraźnie to rejestrują. W ’94 jedynie słuszna wykładnia myślenia o transformacji była raz na zawsze ustalona przy magdalenkowych toaścikach i skrzętnie pilnowana przez politruków z Wyborczej. No a zwykli ludzie – cóż, oni mieli już dość rozliczeń z przeszłością, kłótni o palenie akt i dyskusji o tym, kto był dobry, a kto zły. Oni pragnęli szybkich bryk, łatwych panienek i dużych pieniędzy. A przynajmniej chcieli sobie na to wszystko popatrzeć w kinie lub telewizji. I Pasikowski im to dał.

I też trochę w takich kategoriach podchodziłem do trójki. Byłem ciekaw, co te nowe „Psy” mają mi do powiedzenia o rzeczywistości. Chociaż nie do końca, bo ciekawość mieszała się z obawą, czy spodoba mi się to, co zobaczę. Obawa nasiliła się, kiedy poznałem slogan filmu. W imię zasad – no no, o jakież to zasady mogło chodzić? Znając pierwotny, zaburzony nieco w dwójce, zamysł Pasikowskiego na tę opowieść, przypuszczałem, że mogę otrzymać festiwal publicystycznego jęczenia na los ludzi honoru gnojonych w tej przeklętej pisowskiej Polsce, w której odbiera się im emerytury i podważa ich zasługi dla bezpieczeństwa kraju.

No i już sobie wyobrażałem, jak rozgoryczony Nowy chodzi na antyrządowe demonstracje, bijąc się w pierś, że kiedyś nazwał Franca pierdolonym ubekiem, i opłakując dawnych kumpli, na których doniósł, że urządzają sobie nocne ogniska. A Wolf? Może politykiem został? Nie, on raczej został przy biznesie. Na polityka bardziej pasowałby mi kapitan Stopczyk – na przykład na marszałka senatu prawiącego o praworządności. Tylko Franc pozostawał zagadką. Wypieprzył do tej Nowej Zelandii i co dalej? Niby co miałoby go skłonić do powrotu? Jaki psi zew z dawnych lat go przyzwał? Jakie porachunki, a może interesy?

A tu bach – niespodzianka. Franc jakimś niepojętym zrządzeniem scenariuszowych kaprysów skończył w pierdlu, gdzie odsiaduje dożywocie zamienione na ćwiarę, a o łagodnym szumie Pacyfiku może se co najwyżej śnić. Nowy na rencie przez ten odrąbany kciuk. Ciekawe, czy w końcu nauczył się trzepać lewą ręką. Ale zaraz, zaraz, przecież po resekcji kacapską łopatą jeszcze robił w psiarni. Franca jeszcze puścił po tym, jak ten ubił Sawczuka. No tak, pewnie za to go zdjęli. A może miał na telefonie pluskwę i wypieprzyli go za kontakty z kryminalistą, co wyjaśniałoby też, jakim cudem Franc jednak wylądował w mamrze. No i, kurde, zero polityki, bo postarzały Nowy piastuje stanowisko prezesa stowarzyszenia działkowców – społecznie.

I cóż tam mamy dalej? Walenda nie żyje, Stopczyk dogorywa, Wolf zadekowany w jakiejś sielankowej chałupie. Złomem już nie handluje – przynajmniej oficjalnie – ale za to ożenił się z… Angelą? O, fuck! O Nadii też coś niecoś wiadomo – po zapuszkowaniu Franca przygarnął ją jego dawny TW i trochę się nią opiekował. Podobno zupełnie platonicznie, żadnego pierdolenia. Francem zresztą również próbuje się zaopiekować, udowadniając tym samym, że związki TW i oficera prowadzącego są w stanie przetrwać każdą dziejową zawieruchę. Robotę mu łatwi u takiego jednego bandziora, co to u niego za ścierkę w klopie jest, ale niestety – a może stety – bezskutecznie.

I w sumie tym w sporej mierze ten film dla mnie był – takim jakby włażeniem na fejsa i sprawdzaniem, co tam słychać u starych znajomych. Ucieszył mnie zwłaszcza Nowy, który choć – jak to on – odrobinkę nadekspresyjny, to jednak zerwał z wizerunkiem slapstickowego komedianta od popsutych panewek z dwójki. Właściwie to stał się wręcz postacią tragiczną, gdyż kołem zamachowym całej sensacyjnej intrygi jest zaginięcie jego dorosłego syna, który nie wraca do domu po tym, jak na mieście zgarnęły go psy. W imię jego odnalezienia ponownie jednoczy siły z Francem, który podejrzewa, że zniknięcie może mieć związek ze sprawami z przeszłości. Od razu uspokajam – nie ma. A między nami mówiąc, cholerna szkoda.

Szkoda, bo właśnie ten motyw, który aż się prosi, żeby go wykorzystać, obnaża największą wadę tego filmu – potworne luki w logice scenariusza. Cienie przeszłości niby powracają, ale nijak nie spinają się z resztą akcji. Nie wiadomo, jak Franc koniec końców znalazł się za kratkami. Sedno intrygi, przez które zaginął syn Nowego, też na dobrą sprawę jakieś takie trochę mętne, a w najlepszym razie ciut naciągane. No ale okej, wiadomo przecież, że w sumie nie w tym rzecz. Chodzi o to, żeby postrzelać, powygłaszać kilka twardych męskich tekstów i pokazać, jaki świat jest brudny i zły. Ach, no i jeszcze wprowadzić na scenę uwspółcześnionego psa, który będzie miał sporo zgryzot z naszymi dziadkami.

Politykowania w „Psach 3” nie uświadczymy. I na szczęście. Pasikowski niektóre mogące ją zawierać elementy znów wykorzystuje jako dekorację. W pewnym sensie nawet trochę demoluje wizerunek Franca, ujawniając niechlubny epizod jeszcze z czasów jego służby w resorcie. Jeden z recenzentów, komentując to, zastanawiał się nawet, czy po czymś takim Polacy wciąż będą Maurera uwielbiać. W wymiarze politycznym, jeśli już na siłę go szukać, można się co najwyżej dopatrzeć pewnego triumfu prawicowej narracji o tym, że niektórzy ludzie z dawnej nomenklatury żyją sobie jak pączki w maśle i nikt ich nie tknie. I w zasadzie tylko tyle.

Klimatem trójka przypomina „Pitbulla” – i to bynajmniej nie tylko za sprawą Marcina Dorocińskiego w roli ostatniego sprawiedliwego gliny w mieście. Po prostu… takie czasy. Z kina wyszedłem przyjemnie połechtany oraz z myślą, że pewnie jeszcze kiedyś będę chciał urządzić sobie powtórkę. Ale nic poza. Ogólnie im więcej czasu mija, tym słabiej oceniam ten film. To już chyba tylko moda na retro. Do tego w nienajlepszym wydaniu, bo Lindzie chyba za bardzo nie chce się grać. Było, minęło. A kto umarł, ten nie żyje.

Fot: Materiały prasowe