Anthony de Mello w jednej z przypowieści opowiada o aśramie, którego guru miał kota. Kot ów podczas wieczornego nabożeństwa łasił się do wiernych i przeszkadzał im w medytacji. Guru polecił więc związywać zwierzę na czas obrzędu. Po śmierci guru wybrano jego nastepcę, który kontynuował zwyczaj krępowania przeszkadzającego kota. Któregoś dnia kot umarł. Co uczynił guru? Sprowadził nowego kota, aby móc go przywiązywać na czas nabożeństwa.

„Wieki później uczniowie guru pisali wielce uczone traktaty o istotnej roli kota w należytym odprawianiu nabożeństwa” – pisze de Mello.

Czyż nie podobnie jest z ciszą wyborczą? Głównym argumentem za powołaniem instytucji ciszy wyborczej były ekscesy (zastraszenia, terror, morderstwa), jakich w latach 30. dopuszczała się NSDAP (tuż przed zwycięstwem Hitlera). W Polsce cisza wyborcza pojawiła się w 1991 roku. Poza banalnym argumentem o możliwości spokojnego rozważenia wyboru, nie odnalazłam żadnych racjonalnych przyczyn takiego przepisu. No, może poza jednym – możliwości zainkasowania gotówki od niepokornych.

Cisza wyborcza obowiązuje tylko w niektórych państwach europejskich. Przykładem zupełnie odmiennego podejscia do agitacji wyborczej jest przebieg głosowania w Szwecji, gdzie przed lokalami wyborczymi w dniu wyborów czekają przedstawiciele partii politycznych, wręczając wyborcom karty do głosowania na własną partię. To właśnie ta karta jest wrzucana do urny.

W dobie Internetu, zaburzenia granicy prywatne/publiczne, różnych stref czasowych, z których komunikują się Polacy, cisza wyborcza jest prawem archaicznym, do którego trudno dostosować jakieś przepisy wykonawcze. No, chyba że Państwowa Komisja Wyborcza bardzo się na kogoś uprze.

Na plus ciszy wyborczej dodam, że rozwija ona kreatywność internautów. Podczas ciszy przedreferendalnej nie można było publikować nie tylko wyników, ale również stanu frekwencji. Pojawiły się wówczas relacje z całej Polski o pogodzie (zimno, pada, mało ludzi spaceruje). W wyborach 2011 roku poparcie dla poszczególnych ugrupowań komentowane było jako ceny warzyw. I co na to szanowna PKW?