Kredyty walutowe – Kowalski wcale nie jest bezradny  

//Kredyty walutowe – Kowalski wcale nie jest bezradny  

Kredyty walutowe – Kowalski wcale nie jest bezradny  

O tym mówiło się od kilku lat – tzw. kredyty walutowe są tzw. toksycznym produktem bankowym. 16 sierpnia 2018 r. NIK uznał je za takie już oficjalnie.

Informacja, która powinna zelektryzować kilka milionów ludzi w Polsce:

Instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno przeciwdziałały nieuczciwym praktykom banków. Najwyższa Izba Kontroli zbadała skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach 2005-2017. Negatywny wpływ na ochronę kredytobiorców miały także konieczność eliminowania niewłaściwych praktyk banków w drodze długotrwałych postępowań sądowych oraz niedookreślone kompetencje Komisji Nadzoru Finansowego. Wobec słabości instytucji państwowych, banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny były zostać szybko wyeliminowane.

(…)

Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach, na które przypadła zasadnicza aktywność banków w udzielaniu tych kredytów, tj. 2005-2013. Skontrolowane podmioty administracji publicznej nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno lub w nieodpowiednim stopniu przeciwdziałały zagrożeniom, wynikającym z charakteru tych kredytów oraz z nieuczciwych praktyk banków. Słabość systemu ochrony konsumentów była jednym z czynników, który umożliwił wzrost wolumenu kredytów do skali, przy której obecnie wyeliminowanie ryzyk z nimi związanych wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli. 

https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/kredyty-frankowe-panstwo-pozwolilo-bankom-na-zbyt-wiele.html

Oto powód, dla którego zdaniem NIK nic się nie zmieni w sytuacji ludzi popularnie zwanych frankowiczami – koszty.

Zbyt wielkie koszty dla banków bądź też dla kredytobiorców, a więc musi być po staremu.

Tego samego dnia, kiedy został opublikowany raport NIK, głos zabrał wiceprezes Związku Banków Polskich Jerzy Bańka.

 

„Uderzające jest to, że NIK, która uważana jest za instytucję rzetelną i wiarygodną, publikuje raport, który grzeszy nierzetelnością” – mówi Bańka PAP.

Zwraca uwagę, że w raporcie NIK pominęła wiele bardzo ważnych aspektów sprawy kredytów frankowych. „Można nawet mówić o swoistej manipulacji faktami w celu obrony z góry postawionej tezy” – ocenia.

W opinii Bańki NIK pomija np. kwestię tzw. Rekomendacji S Komisji Nadzoru Finansowego, która narzuciła bankom obowiązek oferowania najpierw kredytu złotowego, a dopiero na wyraźnie żądanie klienta, kredytu denominowanego lub indeksowanego do obcych walut.

Nieprawdziwa jest też teza NIK, dodaje, że banki nierzetelnie badały zdolność kredytową klientów. „Jest akurat odwrotnie, bo banki udzielając tych kredytów stosowały specjalne bufory, aby jakość tego portfela była wysoka. To potwierdziła praktyka, bo ostatni raport KNF pokazuje że tzw. szkodowość na portfelu kredytowym CHF jest bardzo niska, co jednoznacznie potwierdza, że badanie zdolności kredytowej było zrobione bardzo dobrze” – podkreśla rozmówca PAP.

W raporcie NIK, dodaje wiceprezes NBP, nie ma np. nic na temat przyczyn, dla których w połowie lat dwutysięcznych UOKiK nie chciał się zgodzić na ograniczenie dostępu do kredytów walutowych. Nie ma też „ani jednego słowa” na temat nacisków politycznych ze strony rządu w tamtym okresie, m.in. na NBP i ówczesną Komisję Nadzoru Bankowego, by nie ograniczać dostępu do kredytów walutowych.

Raport także, wbrew licznym orzeczeniom sądowym, stawia tezę, jakoby banki działały nieuczciwie i uzyskały jakieś nieuprawnione przychody” – zaznacza Bańka. „Trudno się z takim dokumentem zgodzić, ma on charakter populistyczny i nie służy dobrze całej sprawie” – dodaje.

https://www.bankier.pl/wiadomosc/ZBP-Raport-NIK-w-sprawie-kredytow-frankowych-nierzetelny-4149981.html

W piątek 17 sierpnia czerska żurnalistka Anna Popiołek pisze:

Dlaczego do tej pory nie zrobiono zupełnie nic? Bo to mogłoby rozłożyć na łopatki całą gospodarkę. Wielomiliardowe koszty spowodowałyby zahamowanie akcji kredytowej, a nawet bankructwo mniejszych banków. Gospodarka nie miałaby pieniędzy, a kryzys rozlałby się na pozostałe branże. Odczulibyśmy go wszyscy.

Szkoda tylko, że kolejni politycy przez lata obiecywali frankowiczom gruszki na wierzbie. Powinni byli od początku powiedzieć wprost: tego się nie da zrobić. Opublikowany raport Najwyższej Izby Kontroli tylko podsyca ten żal, a dla frankowiczów nie zmienia zupełnie nic.

(Anna Popiołek Państwo zaniedbało frankowiczów, gw z 17 sierpnia 2018 r., str. 2)

13 czerwca 2018 roku żurnalistka ekonomiczna Anna Popiołek została uhonorowana nagrodą im. Mariana Krzaka.

Nagroda ta jest przyznawana przez… Związek Banków Polskich. Popiołek otrzymała ją „za konsekwencję we wnikliwym prezentowaniu trudnej tematyki bankowo-finansowej w sposób przejrzysty, rzetelny i wiarygodny”.

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/anna-popiolek-i-piotr-smilowicz-nagrodzeni-przez-zwiazek-bankow-polskich

Laureatka tegorocznej nagrody bankowej red. Popiołek oraz wiceszef Związku Banków Polskich mniej więcej są zgodni:

Obywatelu, który wziąłeś kredyt denominowany (indeksowany) we frankach – porzuć wszelką nadzieję! Bo opublikowany raport Najwyższej Izby Kontroli (..) dla frankowiczów nie zmienia zupełnie nic (Popiołek) a poza tym trudno się z takim dokumentem zgodzić, ma on charakter populistyczny i nie służy dobrze całej sprawie (Bańka).

Tymczasem postrzegany coraz częściej jako enfant terrible systemu bankowo-windykacyjnego ciągle jeszcze panującego w III RP, prof. Witold Modzelewski jeszcze w styczniu 2015 roku mówił o tzw. kredytach frankowych:

Od początku twierdzę, że mamy do czynienia z jedną z większych mistyfikacji, a można również podejrzewać, że miała ona na celu wyłudzenie od kredytobiorców nienależnych świadczeń poprzez wprowadzenie ich w błąd czy też wyzyskanie błędu, czyli są to podejrzenia dość poważne, a sprawę powinni obejrzeć także prokuratorzy.

Wiemy, że istotą owych „kredytów”, które były oferowane, udzielane i spłacane w złotówkach, było uzależnienie wielkości długu z tytułu ich spłaty od zdarzenia przyszłego a niepewnego, czyli kursu złotego w stosunku do franka szwajcarskiego lub innych walut. Oczywiście każdy student prawa bankowego wie (w odróżnieniu od niektórych ekonomicznych celebrytów występujących w mediach), że istotą umowy kredytu jest to, że kredytobiorca ma zwrócić tylko tyle, ile mu pożyczono oraz zapłacić za to odsetki i ewentualną prowizję. Odsetki mogą być elementem zmiennym w czasie, dług nie.

Tzw. kredyty frankowe nie były więc żadnym „kredytem”, lecz rodzajem zakładu bukmacherskiego albo – mówiąc obecną nowomową – „toksycznym instrumentem inwestycyjnym”, który – wprowadzając w błąd klientów – sprzedawano jako kredyt. Każdy, kto nie jest propagandystą interesów tych, którzy byli ich oferentami (ci ostatni notabene mają już dość mokre plecy, bo przecież zasięgnęli już w tej sprawie opinii rzetelnych prawników) potrafi ocenić, z czym mamy tu do czynienia.

http://biznes.onet.pl/waluty/analizy/piec-pytan-do-bankow-ktore-udzielaly-tzw-kredytow-frankowych/z6rrk

Jednak upór banków narasta. Teraz dodatkowo oparty na bliżej nieokreślonej wizji upadku systemu bankowego, który dotknie wszystkich bez wyjątku Polaków, spowoduje recesję i co tam jeszcze laureatka bankowej nagrody Anna Popiołek wymyśliła w czerskiej gazecie.

Zupełnie tak, jakby szef gangu wołomińskiego groził Policji, że wskutek działania CBŚ sporo ludzi może stracić pracę, obroty w miejscowych knajpach spadną, a więc powinni natychmiast odstąpić od czynności.

.

Cytowany już prof. Modzelewski zadał pięć pytań, na  które do dzisiaj brak jest odpowiedzi:

  1. Czy udzielanym przez banki w Polsce „kredytom frankowym” odpowiadały zaciągnięte przez te banki kredyty w tej walucie, czy też nie było tu jakichkolwiek franków, albo były to kwoty o niewspółmiernie niskim poziomie?

  2. Jakie zyski osiągnęły banki z tytułu udzielania tych kredytów, co było ich źródłem (bo przecież nie odsetki) oraz czy podawana publicznie kwota 50 mld zł jest prawdziwa?

  3. Czy osoby przygotowujące ofertę tych kredytów, a zwłaszcza zarządy banków, podawały rzetelne informacje klientom o wszystkich okolicznościach i ryzykach związanych z zaciąganiem tych zobowiązań, a zwłaszcza czy poinformowały, że kurs franka może przekroczyć 5 zł?

  4. Czy zarządy banków i inne osoby uzyskały premie lub nagrody za przeprowadzenie tych operacji i ile wynosiły w poszczególnych bankach (idzie o kwoty, a nie o nazwiska)?

  5. Jaki był dalszy los zysków banków osiągniętych z tych operacji: czy były one wypłacane w formie dywidend, a czy te były transferowane do innych państw?

(op. cit.)

Czy to jednak znaczy, że wobec ogromnej skali bankowego dealu przysłowiowy Kowalski jest bezbronny?

Musi płacić, bo jeśli przestanie, utraci cały dotychczas zgromadzony majątek, co zresztą i tak nie uchroni go od egzekucji, bowiem kredyt wzrósł ponad wysokość zabezpieczenia?

Z tym pytaniem zwracam się do dr hab. Krzysztofa J., adwokata, pracownika naukowego jednego z Uniwersytetów.

– Nie istnieje system prawny, który chroniłby tego rodzaju zachowanie wierzyciela. Dłużnik, czyli kredytobiorca, może i powinien skutecznie obronić się w oparciu o już istniejące prawo.

c.d.n.

29.08 2018

.

.

fot. twitter, youtube

By |2018-08-28T23:48:03+00:00Sierpień 28th, 2018|Wywiady|Możliwość komentowania Kredyty walutowe – Kowalski wcale nie jest bezradny   została wyłączona

About the Author:

Google+