Patrzę na tę dwójkę i śmiem postawić bardzo satyryczną tezę: jeżeli polska polityka ma swoją latarnię morską dla piratów, to właśnie znaleźliśmy jej dwóch operatorów. Nie dlatego, że każdy, kto pojawia się w ich otoczeniu, jest piratem. Absolutnie nie. Chodzi o coś znacznie bardziej niepokojącego — o sygnał, jaki płynie z samej góry: „Spokojnie, tutaj można dopłynąć. Tutaj zawsze znajdzie się jakiś paragraf, jakiś prawnik, jakaś narracja i jakaś polityczna osłona”.

Jeden w koszulce „ZONDA KRYPTO”, drugi w „KONSTYTUCJA”. Obrazek niemal symboliczny. Jeden niesie na piersi kryptowalutę, drugi konstytucję. A gdzieś pomiędzy nimi zwykły obywatel próbuje odnaleźć odpowiedź na banalne pytanie: czy państwo jest jeszcze od pilnowania zasad, czy już tylko od produkowania wyjątków dla swoich?

Giertych mówi o sprawiedliwości. O satysfakcji, kiedy „dzieje się sprawiedliwość”. Piękne słowa. Tylko że sprawiedliwość ma jedną bardzo niewygodną właściwość — nie powinna zależeć od tego, kto siedzi po drugiej stronie stołu. Jeżeli jesteś swój, dostajesz adwokata, argumentację i parasol. Jeżeli jesteś zwykłym Kowalskim, dostajesz numer sprawy i pouczenie napisane czcionką wielkości mrówki.

A obok stoi człowiek ubrany w konstytucję. Symbol prawa, praworządności i wszystkich tych wzniosłych wartości, które świetnie brzmią podczas konferencji prasowej. Tylko że konstytucja na koszulce jest wyjątkowo wygodna. Nie trzeba jej przestrzegać — wystarczy ją nosić.

I właśnie ten duet jest dla mnie symbolem największej choroby polskiej polityki: przekonania, że prawo jest przede wszystkim narzędziem do używania przeciwko przeciwnikom, a dopiero później zbiorem zasad obowiązujących wszystkich.

Najbardziej niepokojąca nie jest nawet buta. Butę można jeszcze przełknąć. Najbardziej niepokojąca jest pogarda dla zwykłego człowieka. Pogarda wyrażana tonem: „My wiemy lepiej, my mamy prawników, my mamy władzę, a wy możecie sobie najwyżej komentować w internecie”.

To właśnie taki klimat przyciąga ludzi, którzy zaczynają wierzyć, że konsekwencje są dla innych. Że wystarczy mieć odpowiednie znajomości, odpowiednią ochronę i odpowiednio głośno krzyczeć o praworządności, żeby każdą niewygodną historię przykryć kolejną warstwą politycznej narracji.

Latarnia świeci. Piraci płyną.

I nie, nie twierdzę, że ci dwaj panowie odpowiadają za „całą patologię w kraju”. To byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. Polska jest znacznie bardziej skomplikowana, a patologii nie wymyślili ani Giertych, ani Tusk.

Ale można powiedzieć coś innego: jeżeli polityk swoim zachowaniem daje ludziom poczucie, że istnieją dwa standardy — jeden dla swoich i drugi dla reszty — to sam pomaga budować system, w którym bezkarność staje się walutą polityczną.

I wtedy pojawia się pytanie o badania psychiatryczne.

Nie, panowie — nie dlatego, że ktoś ma inne poglądy, jest bezczelny albo mówi rzeczy, które doprowadzają przeciwników do furii. Od diagnozowania zdrowia psychicznego są lekarze, nie felietoniści i nie wyborcy. Polityczna buta nie jest jednostką chorobową, a arogancja nie wymaga recepty.

Ale może wszystkim politykom przydałoby się inne badanie.

Badanie kontaktu z rzeczywistością.

Raz w roku. Obowiązkowo.

Lekarz pyta: „Czy wie pan, że istnieją zwykli obywatele, których nie chroni kancelaria prawna, partyjny parasol ani dostęp do kamer?”

Pacjent odpowiada: „Tak”.

„Czy rozumie pan, że prawo powinno obowiązywać również pańskich znajomych?”

„Tak”.

„Czy potrafi pan przyznać: nie wiem, sprawa wymaga wyjaśnienia?”

I tutaj zaczyna się problem.

Bo może właśnie tego najbardziej brakuje naszej klasie politycznej: nie psychiatry, tylko odrobiny pokory.

A konstytucję?

Zostawmy na koszulce.

Niech chociaż na papierze nadal obowiązuje wszystkich.